
— I co dalej?
— Ktoś musiał go dla nich wykreować, najprawdopodobniej Ultrasi, a może któryś z nich wybrał się nawet w tym celu do Żonglerów, a oni manipulowali jego neurochemią. Nieważne. Najistotniejsze, że wirus jest zakaźny, przenosi się przez powietrze i zaraża prawie każdego.
— Zmienia go w wyznawcę kultu?
— Nie — przemówił Vasquez. Wziął sobie nowego papierosa. — Dopierdala ci, ale nie zmienia cię w sekciarza, rozumiesz? Masz wizje, sny, czasami czujesz potrzebę czegoś… — Skinął głową na delfina wystającego ze ściany. — Widzisz tę rybią czaszkę? Kosztowała mnie rękę i nogę. Należała kiedyś do Obłego, jednego z tych ze statku. Gdy mam tutaj takie gówienko, czuję pociechę, przestaję się trząść. Ale, niestety, ustaje tylko to.
— A ręka?
— Niektóre wirusy wywołują fizyczne zmiany — wyjaśnił Vasquez. — W pewnym sensie miałem nawet szczęście. Jest wirus powodujący ślepotę. Inny sprawia, że boisz się ciemności. Od jeszcze innego ręka ci usycha i odpada. Eee, co tam parę kropli krwi od czasu do czasu. Początkowo, gdy niewielu ludzi wiedziało o wirusach, było to nawet fajne. Mogłem ludzi straszyć. Wkraczałem na rozmowy i nagle oblewałem faceta krwią. Ale ludzie szybko się dowiedzieli, co to takiego. Że sekciarze mnie zainfekowali.
— Zastanawiali się, czy jesteś taki cięty, jak gadają — powiedział Dieterling.
— Noo. — Vasquez spojrzał na niego podejrzliwie. — Budowa takiej reputacji jak moja zajmuje sporo czasu.
