
— Zrobiło to na tobie wrażenie? — spytał Vasquez.
— Niespecjalne — odparłem. Czułem na czole szczypanie potu. — Przy odpowiednim ustawieniu zabezpieczeń już przed tą salą przesiejesz wszystkich. Choć przypuszczam, że to przełamuje lody na przyjęciach.
— Właśnie. — Vasquez spojrzał na mnie z rozbawieniem, wyraźnie zadowolony, że osiągnął zamierzony efekt.
— A poza tym to również prowokuje pytanie, dlaczego jesteś taki przewrażliwiony.
— Na moim miejscu byłbyś znacznie bardziej przewrażliwiony. — W tym momencie zrobił coś zaskakującego: powoli wyjął dłoń z kieszeni i mogłem zobaczyć, że nie trzyma broni. — Popatrz, Mirabel.
Nie wiem właściwie, czego oczekiwałem, ale zaciśnięta pięść wyglądała zupełnie normalnie, nie była ani trochę zdeformowana. Nic szczególnie krwawego.
— Ręka jak ręka, Vasquez.
Jeszcze mocniej zacisnął dłoń i wtedy nastąpiło coś dziwnego: z pięści zaczęła się sączyć krew, najpierw powoli, potem ciekła coraz silniejszym strumieniem. Patrzyłem, jak czerwień kapie na zieloną podłogę.
— Stąd moje przezwisko. Bo krwawię z prawej ręki. Zajebiście oryginalnie, co? — Rozwarł pięść, odsłaniając krwawe źródło pośrodku dłoni. — Taka sprawa. To stygmat, jak ślad Chrystusa. — Zdrową rękę włożył do kieszeni, wyciągnął chusteczkę, zwinął ją w kłąb i przycisnął do rany, by zatamować krwotok. — Czasami mogę to zrobić niemal samą siłą woli.
— Dopadli cię wyznawcy kultu Haussmanna, co? — powiedział Dieterling. — Oni ukrzyżowali też Skya. Wbili mu gwóźdź w prawą dłoń.
— Nie rozumiem — odparłem.
— Mam mu powiedzieć?
— Bardzo proszę, Wężu. Facet potrzebuje edukacji.
Dieterling zwrócił się do mnie:
— W ciągu ostatniego stulecia wyznawcy Haussmanna podzielili się na kilka sekt. Niektórzy przejęli idee od zakonów pokutnych, usiłując narzucić sobie cierpienia, jakie przeszedł Sky.
