
— Niektórzy to dopiero potrafią zadać sobie trud! — powiedziałem.
— No, spokój, Mirabel. To ty nie zgodziłeś się, żeby załatwić faceta, gdy go namierzyliśmy. Wtedy byłoby to łatwe. — Przepychał się przez drzwi do następnego korytarza.
— Ale to i tak mógł nie być Reivich.
— Sprawdzilibyśmy ciało i jeśli to nie byłby Reivich, trzeba byłoby zacząć się rozglądać za prawdziwym.
— On ma rację. Przyznaję to, choć z bólem — stwierdził Dieterling.
— Jestem ci winien kolejkę, Wężu.
— Niech ci to tylko nie zawróci w głowie. Vasquez odkopnął w mrok kolejnego szczura.
— Więc co się takiego stało, że tak strasznie chcesz wejść w to gówno i się zemścić?
— Chyba już jesteś dość dobrze poinformowany? — powiedziałem.
— Ludzie gadają i tyle. Zwłaszcza gdy taki Cahuella kopnie w kalendarz. Mówią o próżni we władzy… W każdym razie jestem zdziwiony, że wam dwóm udało się ujść żywcem. Słyszałem, że tamta zasadzka skończyła się strasznym gównem.
— Nie odniosłem poważnych ran — odparł Dieterling. — Tannerowi dostało się znacznie bardziej. Stracił stopę.
— Nie było tak źle — rzekłem. — Broń promieniowa przypiekła ranę i zatamowała krwotok.
— No tak, zwykła powierzchowna rana — powiedział Vasquez. — Nie mogę się nacieszyć waszym towarzystwem, chłopcy.
— Możemy zmienić temat?
Po pierwsze, nie miałem ochoty omawiać wypadku z Czerwonorękim Vasquezem, a po drugie, nie pamiętałem jasno szczegółów. Może pamiętałem wcześniej, nim poddano mnie śpiączce rekonwalescencyjnej, podczas której odrosła mi stopa, ale teraz miałem wrażenie, że wypadek wydarzył się w bardzo odległej przeszłości, a nie przed paru tygodniami.
Szczerze wtedy wierzyłem, że Cahuella się wyliże. Początkowo wydawało się, że ma z nas najwięcej szczęścia — puls laserowy przeszył go na wylot, nie uszkodził żadnych ważnych organów, jakby jego trajektoria została wcześniej wyznaczona przez doświadczonego chirurga klatki piersiowej.
