
— Ale to przecież ludzie skonstruowali i zbudowali ten most.
— Z woli Boskiej. Nie rozumiesz, Tanner? Nie można tego kwestionować. Poddaj się od razu.
Minęliśmy sekciarzy — dwóch mężczyzn i kobietę — idących w przeciwną stronę. Miałem przemożne wrażenie czegoś znajomego, nie pamiętałem jednak, czy już przedtem ich widziałem. Byli ubrani w popielate bluzy, nosili długie włosy. Jeden z mężczyzn miał umocowany przy czaszce mechaniczny diadem — może to urządzenie zadające ból? Lewy rękaw drugiego wyznawcy zwisał płasko przypięty do boku. Na czole kobiety widniał mały znak w kształcie delfina. Przypomniałem sobie, że Sky Haussmann zaprzyjaźnił się z delfinami na pokładzie „Santiago” i spędzał czas z tymi istotami, których unikali inni członkowie załogi.
Dziwne wydało mi się wspomnienie tego faktu. Chyba ktoś mi kiedyś o tym mówił.
— Przygotowałeś pistolet? — spytał Dieterling. — Na wszelki wypadek. Możemy za rogiem wpaść na tego drania, kiedy będzie sobie akurat zawiązywał sznurowadła.
Poklepałem pistolet, upewniając się, że jest na miejscu.
— Dziś raczej nie będziemy mieli szczęścia — powiedziałem do Miguela.
Przeszliśmy przez drzwi w wewnętrznej ścianie hali. Mnisi zaśpiew miał teraz bez wątpienia ludzkie brzmienie; ton był niemal doskonały, ale czegoś w nim brakowało.
Po raz pierwszy od wejścia do terminalu zobaczyliśmy nić. Obszar odjazdów, gdzie wkroczyliśmy, był olbrzymim owalnym pomieszczeniem otoczonym galerią; na niej staliśmy. Główny poziom znajdował się setki metrów poniżej i nić nurkowała z góry, wynurzała się z sufitu przez drzwi źrenicowe, potem biegła w dół do miejsca, gdzie była rzeczywiście zakotwiczona i gdzie czyhały urządzenia serwisowe, remontujące i konserwujące dźwigi. To stamtąd dochodziła żałobna pieśń; niosła się wyżej dzięki osobliwej akustyce tego pomieszczenia.
