
— Czy tu właśnie umarł Haussmann? — spytałem.
— Gdzieś w pobliżu — odparł Dieterling. Odgłos naszych kroków niósł się echem, gdy szliśmy przez wielką halę. — Nigdy się nie dowiedzą, gdzie dokładnie, bo nie było wtedy dokładnych map. Ale musiało to być parę kilometrów stąd. Na pewno w granicach Nueva Valparaiso. Początkowo zamierzali spalić ciało, ale potem postanowili je zabalsamować, by go zachować jako przykład dla innych.
— Ale kult nie powstał od razu?
— Nie. Sky Haussmann miał paru zwariowanych sympatyków, ale trudno to uznać za Kościół. To przyszło potem. „Santiago” był głównie świecki, ale z ludzkiej psychiki nie tak łatwo wykorzenić religię. Czyny Skya stopili wybiórczo z tym, co zapamiętali z domu, jedno zachowali, drugie odrzucili, jak im pasowało. Kilka pokoleń trwało wypracowanie szczegółów, a potem nie dało się już tego ruchu powstrzymać.
— A potem, gdy zbudowano most?
— Do tego czasu jedna z Haussmannowskich sekt stała się posiadaczem ciała. Nadali sobie nazwę Kościół Skya. Dla wygody, jeśli nie z innych powodów, doszli do wniosku, że Haussmann musiał umrzeć nie w pobliżu mostu, ale dokładnie pod nim. I że most to nie winda kosmiczna — a nawet gdyby był windą, to stanowiłoby to jego zewnętrzną funkcję — ale w istocie znak Boga: gotowe sanktuarium poświęcone zbrodni i chwale Skya Haussmanna.
