
Przy podstawie języka stała budka, w której kobieta o znudzonej minie sprzedawała bilety.
— Poczekaj tu — poprosiłem Dieterlinga.
Kobieta spojrzała na mnie, gdy podszedłem do kasy. Miała na sobie pognieciony mundur Zarządu Mostu, a pod oczami sine półksiężyce, nabiegłe krwią i spuchnięte.
— Słucham?
— Jestem znajomym Argenta Reivicha. Muszę się z nim natychmiast skontaktować.
— Niestety, to niemożliwe.
— Tego się spodziewałem. Kiedy wyjechał?
— Przykro mi, ale nie mogę udzielić informacji — odparła kobieta nosowym głosem, połykając spółgłoski.
Skinąłem głową ze zrozumieniem.
— Jednak nie zaprzecza pani, że przeszedł przez terminal?
— Przykro mi, ale…
— Niech pani da spokój. — Łagodziłem swoją odzywkę pojednawczym uśmiechem. — Przepraszam, nie chcę być niegrzeczny, ale mam do przyjaciela bardzo pilną sprawę. Muszę mu coś przekazać, widzi pani, cenny składnik dziedzictwa Reivichów. Czy mogę się z nim jakoś porozumieć wtedy, gdy wjeżdża, czy muszę czekać, aż się dostanie na orbitę?
Kobieta się wahała. Przepisy zabraniały jej przekazywania mi formacji, o jakie prosiłem, ale musiałem jej się wydać szczerze zatroskany. A poza tym najwyraźniej bogaty.
Spojrzała na displej.
— Może pan zostawić wiadomość, żeby się z panem skontaktował, gdy dotrze do terminalu na orbicie.
Czyli jeszcze tam nie dotarł i nadal wjeżdża po nici.
— Chyba będzie lepiej, jeśli ruszę za nim — oznajmiłem. — W ten sposób zminimalizuję czas dotarcia do niego. Przekażę mu ten przedmiot i wrócę.
— Tak, to rozsądne. — Przyjrzała mi się, wyczuwając być może coś podejrzanego w moim zachowaniu, ale nie zaufała swej intuicji na tyle, by mnie zatrzymać. — Musi się pan pośpieszyć. Najbliższy wagonik zaraz zacznie przyjmowanie pasażerów.
