Spojrzałem tam, gdzie jęzor wysuwał się do nici, i zobaczyłem pustą windę wyjeżdżającą z obszaru serwisowego.

— Proszę więc o bilet.

— Rozumiem, że potrzebny panu powrotny? — Kobieta przetarła oczy. — Pięćset pięćdziesiąt australi.

Wyjąłem z portfela banknoty Południowców.

— To zdzierstwo — powiedziałem. — Energia potrzebna do wyniesienia mnie na orbitę kosztuje jedną dziesiątą tego, ale przypuszczam, że część zabiera Kościół Skya.

— Nie twierdzę, że nie, ale akurat tutaj nie powinien pan źle się wyrażać o Kościele.

— Tak słyszałem. Pani chyba do nich nie należy? Nie — odparła, wręczając mi resztę w niskich banknotach. — Ja tu tylko pracuję.

Sekciarze zawładnęli mostem jakieś dziesięć lat temu, gdy doszli do przekonania, że w tym miejscu został ukrzyżowany Sky Haussmann. Pewnej nocy, nim ktokolwiek zdążył się zorientować, opanowali most. Ogłosili, że rozłożyli gęsto kanistry-pułapki z wirusem, i zagrozili, że go uwolnią, gdyby próbowano ich wyrzucić. Wirus — jeśli był w znacznym stężeniu — mógłby się roznieść z wiatrem bardzo daleko, zarażając połowę Półwyspu. Może blefowali, ale nikt nie chciał ryzykować dobra przypadkowych milionów ludzi. Sekta się utrzymała, pozwoliła Zarządowi Mostu nadal zarządzać mostem, choć załoga musiała być stale uodporniana przeciw skażeniu. Terapia antywirusowa dawała efekty uboczne, więc praca w terminalu nie cieszyła się popularnością. No i jeszcze te niekończące się mnisie śpiewy.

Kobieta wręczyła mi bilet.

— Mam nadzieję, że dotrę na czas na orbitę — powiedziałem.

— Poprzednia winda wyruszyła godzinę temu. Jeśli pański przyjaciel w niej był… — Przerwała, a ja wiedziałem, że nie ma „Jeśli”. — Jest spora szansa, że gdy pan tam dotrze, zastanie go pan w terminalu orbitalnym.

— Miejmy nadzieję, że powita mnie z wdzięcznością. Chciała się uśmiechnąć, ale zrezygnowała. Mimo wszystko wymagało to wiele wysiłku.



26 из 372