
Wyjątki z dokumentu dla nowo przybyłych, rozpowszechnionego bezpłatnie w kosmosie wokół Yellowstone, rok 2517.
JEDEN
Zapadał zmrok, gdy Dieterling i ja przybyliśmy do podstawy mostu.
— Musisz coś wiedzieć o Czerwonorękim Vasquezie — powiedział Dieterling. — Nigdy go tak przy nim nie nazywaj.
— Dlaczego?
— Bo to go wkurza.
— No i co z tego? — Zatrzymałem kołowiec i zaparkowałem go wśród zbieraniny pojazdów, stojących rządkiem po jednej stronie ulicy. Puściłem stabilizatory; przegrzany silnik pachniał jak gorąca lufa karabinu. — Nie mamy zwyczaju przejmować się odczuciami hołoty — odparłem.
— No tak, ale tym razem trzeba wykazać nadmiar ostrożności. Vasquez nie jest wprawdzie najjaśniejszą gwiazdą w konstelacji kryminalistów, ale ma przyjaciół, a za sobą serię nadzwyczaj sadystycznych czynów. Więc zachowuj się jak najlepiej.
— Wstrzelę się w tę rolę najlepiej jak umiem.
— Tak… ale nie zostaw za dużo krwi na podłodze.
Wysiedliśmy z kołowca. Wyciągałem szyję, by objąć wzrokiem most. Widziałem go po raz pierwszy — to była moja pierwsza wyprawa nie tylko do Strefy Zdemilitaryzowanej, ale i do Nueva Valparaiso; most wydawał się absurdalnie olbrzymi, nawet gdy patrzyło się na niego z odległości piętnastu, dwudziestu kilometrów. Łabędź — rozdęty i czerwony, z gorącą jaśniejszą plamką w centrum — chował się już za horyzont, ale nawet w tym świetle było widać nitki mostu i od czasu do czasu małe koraliki wind zjeżdżających lub wznoszących się w kosmos. Zastanawiałem się, czy nie przybyliśmy za późno. Może Reivich zdążył już wsiąść do windy? Vasquez zapewnił nas jednak, że człowiek, na którego polujemy, nadal jest w mieście, upraszcza sieć swoich aktywów na Skraju Nieba i przenosi fundusze na rachunki długoterminowe.
