Dieterling poszedł na tył kołowca — z zachodzącymi na siebie segmentami opancerzenia jednokołowy samochód przypominał pancernika — i z trzaskiem otworzył mały bagażnik.

— Cholera, brachu, omal nie zapomniałem płaszczy.

— Prawdę mówiąc, miałem nadzieję, że zapomnisz.

— Wkładaj i nie narzekaj! — Rzucił mi płaszcz.

Włożyłem płaszcz na warstwy odzieży, które miałem na sobie. Jego brzeg omiatał powierzchnię ulicznych kałuży z błotnistą deszczówką; arystokraci lubili się tak nosić, jakby prowokując, by przydeptywano im poły szat. Dieterling też zarzucił płaszcz na ramiona i zaczął przebierać w opcjach doboru wzorów umieszczonych na rękawie. Krzywił się z niesmakiem na kolejne krawieckie propozycje.

— Nie. Nie… Na litość Boską, nie. Też nie. To też się nie nadaje. Wyciągnąłem rękę i położyłem palec na jednej z jego naszywek.

— Masz. Wyglądasz zabójczo. Teraz się zamknij i podaj mi pistolet.

Przedtem wybrałem na swoim płaszczu barwę perłową — na takim tle pistolet nie powinien się odcinać. Dieterling wyjął z kieszeni marynarki małą broń i podał mi ją po prostu jak pudełko papierosów.

Pod gładką plastikową półprzezroczystą powierzchnią pistoletu widniał labirynt części wewnętrznych.

Był to pistolet nakręcany, wykonany całkowicie z węgla — głównie diamentu, ale zastosowano też fullereny do smarowania i magazynowania energii. Nie miał żadnych części metalowych, żadnych materiałów wybuchowych czy obwodów elektrycznych. Tylko skomplikowany układ dźwigni i zapadek, smarowanych kulkami fullerenu. Z pistoletu strzelało się diamentowymi strzałkami stabilizowanymi obrotowo, napędzanymi dzięki relaksacji fullerenowych spirali zwiniętych niemal do granicy zerwania. Nakręcało się go kluczem, jak zabawkę. Broń nie posiadała urządzeń celowniczych, systemów stabilizujących ani lokatorów celu.



6 из 372