Wyrastał błyszczący i czarny, trzema ścianami, każda o długości trzystu metrów. Przypominał kadłub statku, ale jego dolne poziomy obrosły w hotele, restauracje, kasyna i burdele. Nawet gdyby most tu nie sterczał, już sam wygląd ulicy świadczył o tym, że znajdujemy się w starej dzielnicy blisko miejsca lądowania. Niektóre budynki powstały ze spiętrzonych gondoli towarowych, w których wykuto okna i drzwi, a potem w ciągu dwóch i pół wieku przyozdobiono architektonicznymi detalami.

— Hej tam! — usłyszałem czyjś głos. — Tanner Pieprzony Mirabel.

W zacienionym portyku stał oparty o mur mężczyzna. Sprawiał wrażenie, że nie ma nic do roboty poza oglądaniem pełzających owadów. Dotychczas miałem z nim do czynienia tylko za pośrednictwem wideo albo telefonu, i zawsze krótko z nim rozmawiałem. Spodziewałem się zobaczyć kogoś znacznie wyższego i o mniej szczurowatym wyglądzie. Czerwonawe zęby spiłował na ostro, pociągłą twarz porastała nierówna szczecina, długie czarne włosy sczesał z bardzo niskiego czoła do tyłu. Jego płaszcz, ciężki jak mój, wyglądał tak, jakby za chwilę miał mu się zsunąć z ramion. W lewej ręce trzymał papierosa — wkładał go co chwila do ust — a prawa dłoń zniknęła w kieszeni płaszcza i jakoś nie chciała się wynurzyć.

Nie okazałem zdziwienia, że nas śledził.

— Vasquez — powiedziałem — zakładam, że wziąłeś naszego człowieka pod nadzór?

— Teee, Mirabel, bez obaw, facet się nie wysiusia bez mojej wiedzy.

— Ciągle porządkuje swoje sprawy?

— No wiesz, jakie są te bogate dzieciaki. Muszą dbać o interesy. Jeśli o mnie chodzi, wjechałbym po moście jak gówno na kółkach. — Wskazał papierosem Dieterlinga. — To facet od wężów?

— Jeśli tak to określisz… — Dieterling wzruszył ramionami.

— Nielicha robota polować na węże. — Ręką z papierosem wy konał gest, jakby celował i strzelał z pistoletu, zapewne w wyimaginowaną hamadriadę. — Moglibyście mnie wcisnąć do swojej następnej wyprawy?



8 из 372