
— Hej tam! — usłyszałem czyjś głos. — Tanner Pieprzony Mirabel.
W zacienionym portyku stał oparty o mur mężczyzna. Sprawiał wrażenie, że nie ma nic do roboty poza oglądaniem pełzających owadów. Dotychczas miałem z nim do czynienia tylko za pośrednictwem wideo albo telefonu, i zawsze krótko z nim rozmawiałem. Spodziewałem się zobaczyć kogoś znacznie wyższego i o mniej szczurowatym wyglądzie. Czerwonawe zęby spiłował na ostro, pociągłą twarz porastała nierówna szczecina, długie czarne włosy sczesał z bardzo niskiego czoła do tyłu. Jego płaszcz, ciężki jak mój, wyglądał tak, jakby za chwilę miał mu się zsunąć z ramion. W lewej ręce trzymał papierosa — wkładał go co chwila do ust — a prawa dłoń zniknęła w kieszeni płaszcza i jakoś nie chciała się wynurzyć.
Nie okazałem zdziwienia, że nas śledził.
— Vasquez — powiedziałem — zakładam, że wziąłeś naszego człowieka pod nadzór?
— Teee, Mirabel, bez obaw, facet się nie wysiusia bez mojej wiedzy.
— Ciągle porządkuje swoje sprawy?
— No wiesz, jakie są te bogate dzieciaki. Muszą dbać o interesy. Jeśli o mnie chodzi, wjechałbym po moście jak gówno na kółkach. — Wskazał papierosem Dieterlinga. — To facet od wężów?
— Jeśli tak to określisz… — Dieterling wzruszył ramionami.
— Nielicha robota polować na węże. — Ręką z papierosem wy konał gest, jakby celował i strzelał z pistoletu, zapewne w wyimaginowaną hamadriadę. — Moglibyście mnie wcisnąć do swojej następnej wyprawy?
