
— Nie wiem — odparł Dieterling. — Raczej nie używamy żywej przynęty. Ale porozmawiam z szefem i zobaczę, co się da zrobić.
Czerwonoręki Vasquez błysnął zaostrzonymi zębami.
— Zgrywus jesteś. Podobasz mi się, Wężu. Ale z drugiej strony, pracujesz dla Cahuelli i musisz mi się podobać. A tak przy okazji, jak mu się wiedzie? Słyszałem, że Cahuella oberwał tak samo paskudnie jak ty, Mirabel. Więcej, doszły mnie plotki, że się nie wylizał.
— Zrobiłem dla niego, co mogłem — powiedziałem. Vasquez kiwał powoli głową, jakby właśnie potwierdziły się jego najświętsze przekonania.
Nie zamierzaliśmy teraz informować o śmierci Cahuelli, dopóki nie przemyślimy wszystkich konsekwencji, ale najwyraźniej złe wiadomości dotarły do Nueva Valparaiso przed nami.
— Tak słyszałem. — Położył mi na ramieniu lewą dłoń, trzymając papierosa jak najdalej od perłowej tkaniny płaszcza. — Mówiono, że z urwaną nogą jechałeś przez pół planety, żeby przywieźć do domu Cahuellę i jego dziwkę. Człowieku, to kawał gównianego bohaterstwa, nawet jak na białookiego. Opowiesz mi wszystko przy pisco, a Wąż zapisze mnie na swoją następną wyprawę. Zgoda, Wężu?
Szliśmy w stronę mostu.
— Teraz nie czas na takie rzeczy — powiedziałem. — To znaczy na drinki.
— Mówiłem już: nie przejmuj się. — Vasques kroczył przed nami, jedną rękę ciągle trzymając w kieszeni. — Nie rozumiem was. Wystarczy jedno słowo, a sprawa Reivicha znika, zostaje po nim plama na podłodze. Moja propozycja nadal jest aktualna, Mirabel. Muszę go wykończyć osobiście.
— Taa, słyszałem — odparł Vasquez. — Coś w rodzaju wendety. Coś tam miałeś z dziwką Cahuelli, nie?
— Subtelność nie należy do twoich mocnych stron, Czerwony.
Zobaczyłem, że Dieterling się krzywi. W milczeniu zrobiliśmy jeszcze parę kroków, po czym Vasquez odwrócił się i spojrzał na mnie.
— Co powiedziałeś?
