
Nastąpiła długa przerwa.
— A co to za dziwna rzecz? — spytał lokaj.
— Gdy wspomnę, to ciarki przechodzą — burknął posługacz, czekając aż pauza osiągnie zamierzony skutek. — Posłuchajcie. Dzisiaj o drugiej w nocy, wyczyściwszy wszystkie buty, przechodziłem obok 137-go i zauważyłem, że drzwi nie są zamknięte, lecz lekko otwarte. Zastukałem, ot tak bez celu, tylko tak sobie. Bóg wie, co może się zdarzyć. Było tam cicho. Wszedłem, przekonałem się, że gościa nie ma, potem zamknąłem drzwi na klucz, włożyłem go do kieszeni, a później powiesiłem na tablicy. Potem zabawiłem na górze około pięciu minut i znowu udałem się na dół, musiałem przejść ponownie obok 137-go i wówczas zobaczyłem, że klamka poruszyła się. Ktoś od wewnątrz próbował otworzyć drzwi. Cicho zbliżyłem się do nich i zamarłem — klamka jeszcze raz poruszyła się, potem rozległy się kroki. W tym momencie zaglądnąłem przez dziurkę od klucza. W przedpokoju paliło się światło, zobaczyłem plecy odchodzącego człowieka. Zatrzymał się przed kotarą, odsunął ją i odwrócił się. Ale nie był to ktoś obcy, tylko tenże Aysher, który tam mieszka. Nie więcej niż po pięciu minutach wszedł na korytarz z klatki schodowej, zdjął klucz i znalazł się u siebie w pokoju.
Posługacz po podaniu tych faktów ponownie spojrzał po kolei na szeroko otwarte usta słuchaczy i dodał:
— Czy rozumiecie?
— Do diabła! — powiedział kelner, ironicznie spojrzawszy na kucharza, który jednak w tym wypadku nie krzyknął „bzdura”, tylko z goryczą pokiwał głową nad kawałkiem baraniego tłuszczu. — Jakże to mógł znaleźć się u siebie w pokoju?
— Jeśli nie przez balkon, to przez drzwi tylko w postaci komara lub muchy — wyjaśnił posługacz. — Przecież nawet mysz nie może przecisnąć się przez dziurkę od klucza.
— A co administrator na to?
— Powiedział: „Hm… tylko, myślę, czy ci się nie przewidziało?” Jednak zauważyłem, z jaką lekkością pobiegł administrator na górę, chyba tylko po to, żeby zaglądnąć przez, dziurkę, a wrócił na dół z twarzą trzy razy bardziej bladą niż zazwyczaj.
