
Flavia, rozpychając się łokciami, parła do przodu. Uważała, że Jordi niepotrzebnie się tak wlecze. W ręce trzymała jakiś papier, którego przedtem nie widzieli, i w świetle latarki starała się oznaczyć, gdzie są drzwi do następnego pomieszczenia. Nie było to znowu takie trudne, bo przez szparę w tych drzwiach sączyło się słabe światło.
Na dole uderzył w nich zapach zbutwiałej ziemi. Unni doznała nieprzyjemnego uczucia. Zawrócić! Uciekać stąd jak najdalej! I jak najszybciej!
Zarazem wiedziała w głębi duszy, że właśnie tutaj od dawna chciała się znaleźć. Że tutaj jest oczekiwana.
Choć to może najbardziej ponure i paskudne miejsce, w jakim człowiek chciałby być oczekiwany!
Flavia była jak stracona dla świata. Gorączkowo badała wzrokiem futrynę drzwi.
– Ja mogę to zrobić. Ja mogę…
– Uspokój się, Flavia – ostrzegał ją brat, hrabia. – Najpierw uważnie przeczytaj instrukcje.
– Umiem je niemal na pamięć. Nie gadaj głupstw!
– Przy trzecim uderzeniu dzwonu! Andersen, biegnij i postaraj się, żeby dzwon uderzył!
– Dziękuję – odparł Thore. – To nie jest miejsce dobre dla zdrowia. Ja się wycofuję.
Hrabia chwycił go za ramię z taką siłą, jakby posługiwał się imadłem.
– Nic podobnego! Bo jak nie, to ja idę na policję, a wtedy wiesz, co się stanie.
Thore Andersen zrezygnował.
– Ali right, szefie. Hrabia go puścił.
Flavia żyła we własnym świecie i Jordi jej nie przeszkadzał, bo to ona wiedziała, jak iść dalej.
– Tam! Tam, gdzie jest ten mały drążek – mamrotała podniecona. – Tak, gdzieś miał być mały drążek. Odnalazłam go! Idziemy jak trzeba! Skarb jest mój!
– Tu nie ma nic o żadnym drążku.
– Oczywiście że jest!
– Nie, zaczekaj! Nie naciskaj tego! Rób wszystko po kolei! – wykrzykiwał hrabia, ale Flavia go nie słuchała.
