
– Uważam, że nie powinnaś używać takich słów, Flavio – odparł Jordi przyjaznym tonem. – Zostańcie z nami i wszyscy zejdźmy spokojnie na dół. Ale jeśli będziecie stwarzać problemy, to Tabris znowu was uśpi.
– Kto to taki ten Tabris?
– Demon.
– Ale go tu nie ma.
– Owszem, oto on. Jeszcze się nie domyśliłaś, że to Miguel?
– Zastrzelić go! – wrzasnął hrabia.
Ale broń pozostała po „złej” stronie. Przypuszczalnie nie miałaby też w tej sytuacji żadnego znaczenia.
– Masz rozcięty policzek, Flavia. Pozwól mi się tym zająć – powiedział Antonio.
– Nie dotykaj mnie, ty konowale! Jesteś Vargas, czyli nowy typ natręta i poszukiwacza szczęścia. My byliśmy pierwsi!
– Chyba nie – odparł Antonio. – My dziedziczyliśmy przekleństwo po rycerzach pokolenie za pokoleniem, a poszukiwaczami szczęścia to nie byliśmy nigdy. Chyba że masz na myśli nasze pragnienie, by dać rodzinom trochę spokoju i poczucia bezpieczeństwa, no i jednak trochę szczęścia po wiekach strachu i cierpień. Natomiast moglibyśmy dyskutować nad tym, kto tu jest natrętem. Bo to ty najpierw zdobyłaś zaufanie ojca Mortena, potem samego Mortena, Jordiego i Pedra, a twój brat uwiesił się na tobie. Niczym się nie różnicie od podłej Emmy i jej hałaśliwej bandy.
– Nie, no wiesz co! – Flavia była taka oburzona, że krzyczała piskliwie.
– To do niczego nie doprowadzi – wtrącił Jordi łagodnie. – Chodźcie! Schodzimy!
– Ja pierwsza.
– Tabris – rzekł Jordi ostrzegawczo.
Sześcioro poszukiwaczy skarbów zrezygnowało. Kiedy wszyscy ruszyli ku schodom, Alonzo musiał podtrzymywać Emmę. Skłonność do poszturchiwania i popychania została stłumiona przez Miguela, większość poszukiwaczy nie wiedziała, jak na niego reagować.
Jesteśmy teraz pod chórem, pomyślała Unni. Dziwne jednak, jakie to puste miejsce. Żadnych grobów. Ściany z kamieni i jakiegoś rodzaju murarskiej zaprawy. Znali się na rzeczy owi rzemieślnicy z dawnych czasów, którzy zbudowali ten kościół i którzy musieli zapłacić za to życiem.
