
– Nie próbuj nam niczego wmawiać – powiedział hrabia zimnym, skrzekliwym głosem. – Mamy czekać na obejrzenie skarbu do czasu, kiedy wy już najlepsze kąski pochowacie w kieszeniach? Przecież wam chodzi tylko o to, by wygrać.
– Otóż nie – zaprotestował Jordi. – Unni mówi prawdę. Skoro jednak macie wątpliwości, to współpracujcie z nami! Twierdzicie, że znany jest wam sposób dojścia do krypty tu, w kościele. Wierzę w to, bo to przecież ty, Flavio, zagarnęłaś wszystkie papiery Santiago wtedy, w Norwegii, gdy przybiegłaś z wiadomością, że ktoś się włamał do naszego samochodu, prawda? Poza tym mieliście też dziennik Jonasa Hansena. My natomiast nie znamy wejścia. Umówmy się więc tak, że jedna osoba z każdej grupy zejdzie na dół równocześnie…
– Bzdura! My nigdy nie będziemy współpracować. z tymi tam – Flavia wskazała na Emmę. – Z wami zresztą też nie. Mam dość świętoszkowatych Vargasów. Głupiego Mortena i pyskatej Unni. Reszta ma jeszcze mniejsze znaczenie.
Mówiąc „reszta”, miała przypuszczalnie na myśli Juanę i Sissi. Ale Sissi tutaj nie było. Jordi i przyjaciele zaś nie mogli nic zrobić, bowiem Sissi miała przy sobie gryfa Kantabrii.
I nikt nie wiedział, gdzie się podziała.
Tymczasem na górskich pustkowiach nastrój, delikatnie mówiąc, gęstniał.
Urraca trzymała dłoń na zaczarowanym zamku. I nie spuszczała z oczu demona.
Sissi powtarzała błagalnie:
– Miguel, zastanów się! Jesteś na najlepszej drodze do tego, by przemienić się w Tabrisa.
Wszystkie nerwy w ciele Miguela były napięte. Jego oczy mieniły się zielenią jak u kota gotowego do ataku. Półczłowiek, półdemon.
