
Nie, nie, za coś takiego Juana dziękuje. Ale myśli mimo wszystko wzbudzały w niej strumienie gorąca, którym w żaden sposób nie mogła zapobiec.
Pod tym względem, który tak bulwersował Juanę, Tabris pozostał prawdziwym demonem, co niemal śmiertelnie przerażało jego przeciwników. Ten i ów próbował uciekać z kościoła, ale on jednym skokiem znalazł się przy drzwiach i zastawił wejście.
Jego głos, głęboki, silny i gniewny, odbił się głucho od nagich ścian, gdy warknął:
– Siadać!
Wszyscy musieli posłuchać.
– Znowu zapadają ciemności. W nocy nikt nic nie zrobi. Trzeba iść spać. Kładźcie się na ziemi, żebyście nie mogli się znowu zacząć bić.
– Nie! – krzyknął Jordi, który miał w sobie więcej siły niż pozostali. Bo wszyscy inni upadli po prostu tam, gdzie stali, i pogrążyli się we śnie. Tylko Jordi stał. – Nie! Bo teraz mamy nareszcie szansę zająć się w spokoju naszym zadaniem. Pozwól nam czuwać, pozwól nam zejść na dół.
Tabris zmniejszał się powoli, aż stał się Miguelem. Uśmiechał się jakby zakłopotany.
– To niemożliwe. Nie wiemy przecież, co znajduje się tam w dole. To może być niebezpieczne, będziemy więc potrzebować dosłownie każdego promienia dziennego światła. I to oni mają wiedzę, dlatego ich zatrzymałem. W przeciwnym razie na pewno uciekliby gdzie pieprz rośnie.
Jordi powiedział coś na temat, że Tabris mógłby ich przynajmniej usunąć z kościoła.
– Miałem zamiar tak zrobić – odparł Miguel krótko. – Ale jestem zbyt zmęczony, rozczarowany i zły sam na siebie.
– A to dlaczego?
– Bo nie schwytałem Urraki. Uratowała nas, więc pozwoliłem jej odejść.
– No i bardzo dobrze – odparł Jordi spokojnie. Nie, nie, wcale niedobrze, myślał Tabris. Ale ja nie jestem już w stanie myśleć rozsądnie, nie pojmuję, co się stało. Głośno zaś powiedział:
– Jesteśmy wszyscy zmęczeni. A jutro musimy mieć jasne umysły. Więc nie opieraj się już dłużej, ja też chciałbym się trochę przespać.
