
Pokój wyglądał prawie jak dawniej. Spacerowała po nim, dotykając blatów stołów, poprawiała ustawienie krzesła czy lampy, wygładzała rękami obicia. Co czuła? Nie była pewna. Chyba nie strach, choć nie potrafiła spokojnie przejść obok kominka. A więc cóż takiego? Nostalgię? Ale za czym? Czy możliwe, aby niektóre z jej mglistych odczuć były przypomnieniem szczęśliwych chwil spędzonych w tym pokoju? Jeśli tak, to co jeszcze mogła zrobić, żeby je wskrzesić?
Za pięć trzecia dojechała taksówką do siedziby Senatu. W ciągu ostatnich kilkunastu godzin temperatura gwałtownie spadła i Pat z przyjemnością weszła do ciepłego wnętrza. Strażnicy kazali jej przejść przez bramki do wykrywania metali i wskazali drogę do windy. Kilka minut później podawała swoje nazwisko recepcjonistce Abigail Jennings.
– Senator Jennings jest trochę spóźniona – wyjaśniła młoda kobieta. – Wielu wyborców jeszcze zostało, aby się z nią zobaczyć. To nie potrwa długo.
– Nie szkodzi, zaczekam.
Pat usiadła na krześle o prostym oparciu i rozejrzała się dokoła. Abigail Jennings miała jedno z najlepszych senatorskich biur. Mieściło się w narożniku, gdzie znaleźć można było to, czego tak bardzo brakowało w tym zatłoczonym budynku: świeże powietrze i przestrzeń. Niewielka barierka oddzielała miejsce dla oczekujących na rozmowę od biurka recepcjonistki. Po prawej stronie korytarz prowadził do szeregu gabinetów. Ściany pokryte były najnowszymi zdjęciami pani senator, pochodzącymi z gazet. Na małym stoliku, obok skórzanej kanapy, leżały broszurki objaśniające pozycję Abigail Jennings w obecnych władzach.
W pewnym momencie Pat usłyszała znajomy głos z lekką naleciałością południowej wymowy, skierowany do znajdujących się w głębi gabinetu gości:
– Jest mi bardzo miło, że zostaliście na chwilę. Szkoda tylko, że nie mamy więcej czasu.
Pani senator żegnała dobrze ubrane małżeństwo koło sześćdziesiątki. Goście rozpływali się w podziękowaniach.
