
– Podczas imprezy na rzecz kampanii wyborczej zapraszała nas pani w odwiedziny, jeśli tylko będziemy mieli czas. Powiedziałem więc: „Violett, jesteśmy w Waszyngtonie, więc odwiedźmy ją”.
– Jest pani pewna, że nie znajdzie czasu w porze obiadowej? – przerwała z niecierpliwością kobieta.
– Mogę o tym tylko pomarzyć.
Pat przyglądała się, jak pani senator odprowadziła swoich gości do drzwi, otworzyła je i powoli zamknęła, wypuściwszy oboje przybyłych na zewnątrz. Dobra robota, pomyślała. Czuła, jak wzrasta jej poziom adrenaliny.
Abigail odwróciła się i przystanęła na moment, pozwalając dokładnie się sobie przyjrzeć. Pat zapomniała już o imponującym wzroście pani senator – miała prawie metr osiemdziesiąt. Wyprostowana, poruszała się z wdziękiem. Szary tweedowy kostium przylegał do figury, szerokie ramiona podkreślały talię, wąskie biodra przechodziły w smukłe nogi. Krótko obcięte popielato-blond włosy układały się wokół szczupłej twarzy o oczach koloru niebieskiej porcelany. Nos świecił jej się lekko, usta wydawały się blade. Odnosiło się wrażenie, że wcale nie ma makijażu, jakby chciała podkreślić swój szczególny typ urody. Wyglądała tak samo jak sześć lat temu, jeśli nie liczyć kilku drobnych zmarszczek wokół i ust.
Pat zauważyła, że na ustach pani senator pojawił się uśmiech.
– Witam – powiedziała, szybko podchodząc ku dziennikarce. Do recepcjonistki zaś odezwała się z wyrzutem. – Cindy, trzeba było mi powiedzieć, że panna Traymore już przyszła. – Spojrzała z dezaprobatą na dziewczynę. – No cóż, nic się nie stało. Proszę wejść, panno Traymore. Czy mogę ci mówić Pat? Luther tak dobrze cię opisał, iż mam wrażenie, że znamy się od dawna. Widziałam także kilka twoich programów zrealizowanych w Bostonie, Luther mi je pokazał. Są świetne. Jak napisałaś w swoim liście, istotnie poznałyśmy się już kilka lat temu. Było to wtedy, gdy przemawiałam w Wellesley, prawda?
– Tak, rzeczywiście. – Pat weszła za nią do gabinetu. – Jak tu pięknie! – zawołała.
