
— Dymitr Aleksiejewicz? — zapytała nieśmiało.
— Ta-ak… — powiedział Malanow. Krewna? Kuzynka Zina z Omska?
— Zechce mi pan wybaczyć… Pewnie zjawiłam się nie w porę… Tu jest list.
Wyciągnęła rękę z kopertą. Malanow w milczeniu wziął tę kopertę i wyciągnął z niej kartkę papieru. Najgorsze uczucia wobec wszystkich krewnych na świecie, a szczególnie wobec tej Ziny… czy może Zoi? posępnie kipiały w jego duszy.
Zresztą to, jak się okazało, wcale nie była odległa Zina. Irka wielkimi literami, najwyraźniej w pośpiechu, pisała krzywymi linijkami: „Dimka! To jest Lidka Ponomariowa, moja najlepsza szkolna przyjaciółka. Opow. ci o niej. Bądź dla niej miły, przyjechała nie na długo. Zachowuj się grzecznie. U nas wszystko w porz. Lidka opowie. Całuję I.”.
Malanow wydał z siebie niedosłyszalny dla świata jęk, zamknął i otworzył oczy. Jednakże jego wargi automatycznie rozciągały się w przyjacielskim uśmiechu.
— Bardzo mi miło… — oznajmił życzliwie, nonszalanckim tonem. — Proszę, niech pani wejdzie… Przepraszam za mój strój. Upał!
Jednakże widocznie nie wszystko było w porządku z jego gościnnością, ponieważ na twarzy ślicznej Lidy pojawiło się zmieszanie i nie wiadomo dlaczego spojrzała na puste, zalane słońcem schody, jakby nagle ogarnęły ją wątpliwości, czy na pewno trafiła pod właściwy adres.
— Może wezmę walizkę… — spiesznie powiedział Malanow. -Proszę do środka, niech się pani nie krępuje… Prochowiec powiesimy tutaj… To jest nasz większy pokój, ja tu pracuję, a tu dziecinny… Będzie pani w nim wygodnie… Pewnie chce pani wziąć prysznic?
W tym momencie z tapczanu dobiegło antypatyczne kwakanie.
