
— Może jeszcze szklaneczkę? — zapytał.
Lidka nie odpowiedziała, więc Malanow odwrócił głowę. Dziewczyna patrzyła na niego szeroko otwartymi, jasnymi oczami i na jej lśniącej od opalenizny twarzy malowało się całkowicie zaskakujące uczucie — ni to zmieszania, ni to przerażenia — aż usta otworzyła.
— Herbaty? — niepewnie zapytał Malanow, chybocząc czajnikiem.
Lidka drgnęła, szybciutko zamrugała powiekami i przesunęła dłonią po czole.
— Słucham?
— Pytam, czy nalać pani jeszcze herbaty?
— Nie, dziękuję… — roześmiała się jak gdyby nigdy nic. — Obawiam się, że pęknę. Muszę dbać o figurę.
— Oczywiście! — oświadczył Malanow ze wzmożoną galanterią. — O taką figurę koniecznie należy dbać. Być może nawet warto ją ubezpieczyć…
Lidka uśmiechnęła się na sekundę, odwróciła głowę i przez ramię spojrzała na podwórze. Szyję miała długą, gładką, może tylko troszkę zbyt chudą. W Malanowie zrodziło się podejrzenie, że jest to szyja stworzona do pocałunków. Podobnie jak ramiona. Nie mówiąc już o reszcie. Kirke, pomyślał. Zresztą, od razu dodał, ja kocham swoją Irkę i nie zdradzę jej nigdy w życiu.
— To bardzo dziwne — powiedziała Kirke. — Mam uczucie, jakbym to wszystko już kiedyś widziała — i tę kuchnię, i to podwórze… tylko że na podwórzu rosło wielkie drzewo… Czy panu zdarzyło się kiedyś coś podobnego?
