
Ktoś zadzwonił do drzwi.
— Kogo tam jeszcze diabli niosą? — zdziwił się Malanow, patrząc na zegarek. — Zdaje mi się, że nikogo w domu nie brakuje.
Dochodziła dziesiąta. Powtarzając: „Mam wrażenie, że w domu nikogo nie brakuje…” poszedł, żeby otworzyć, i w przedpokoju oczywiście nadepnął na Kalama. Kalam wrzasnął.
— Żeby cię diabli wzięli, przeklęty bydlaku! — powiedział Malanow do kota i otworzył drzwi.
Okazało się, że to raczył przybyć sąsiad, ściśle tajny Arnold Pawłowicz.
— Nie za późno? — zahuczał gdzieś spod sufitu. Chłop wielki jak góra. Siwowłosy szat.
— Arnold Pawłowicz! — zawołał Malanow z entuzjazmem. — Jakie może być „za późno” między przyjaciółmi? Pr-oszę!
Śniegowej nawet się przez moment zawahał na widok tego entuzjazmu, ale Malanow złapał go za rękaw i wciągnął do przedpokoju.
— Świetnie się złożyło… — mówił ciągnąc Śniegowo ja na holu. — Pozna pan piękną kobietę! — obiecywał, sterując Śniegowojem do kuchni. Lidka, to jest Arnold Pawłowicz! — zawiadomił. — Ja zaraz, tylko przyniosę jeszcze jeden kieliszek. I butelkę…
Mówiąc szczerze, w głowie mu już nieco szumiało. A nawet nie trochę, tylko zupełnie solidnie. Nie powinien więcej pić, znał siebie. Ale tak strasznie chciał, żeby wszystko było fajnie, wesoło, żeby wszyscy wszystkich kochali. Niech się polubią nawzajem, myślał z rozczuleniem, chwiejąc się przed otwartym barkiem i wlepiając oczy w żółtawy półmrok. Jemu jest przecież wszystko jedno, staremu kawalerowi. A ja mam swoją Irkę!… Pogroził palcem w przestrzeń i sięgnął do barku.
