Bogu dzięki, niczego nie potłukł. Ale kiedy przyniósł butelkę egri bikavera i czysty kieliszek, nastrój w kuchni nie spodobał mu się. Goście w milczeniu palili, nie patrząc na siebie. I nie wiadomo dlaczego ich twarze wydały się Malanowowi złowieszcze — złowieszczo piękna, wyzywająca twarz Lidki i złowieszczo bezwzględna, pokryta liszajem starych oparzeń twarz Sniegowoja.

— Czemu umilkły dźwięki wesela? — rześko zapytał Malanow. -Wszystko na świecie to marność! Jedno tylko ma wartość na świecie — przyjaźń międzyludzka! Nie pamiętam, kto to powiedział… — otworzył butelkę. — Korzystajmy z tej przyjaźni… e… weselmy się…

Wino popłynęło strumieniem również na stół. Śniegowoj podskoczył, ratując białe spodnie. Jednak był nienormalnie ogromny. W naszych czasach miniaturyzacji dla takich ludzi nie powinno być miejsca. Rozmyślając na ten temat Malanow jako tako uporał się z wytarciem stołu i Śniegowej znowu usiadł na taborecie. Taboret zaskrzypiał.

Jak na razie radość międzyludzkiej przyjaźni wyrażała się w nieartykułowanych dźwiękach. Ech, te nieszczęsne inteligenckie zahamowania. Dwoje wspaniałych ludzi nie umie natychmiast, niezwłocznie, otworzyć swoich serc, zaprzyjaźnić się od pierwszego wejrzenia. Malanow wstał i trzymając kielich na wysokości uszu obszernie rozwinął ten temat na głos. Nie pomogło. Wypili. Też nie pomogło. Lidka ze znudzeniem patrzyła w okno. Sniegowoj pochylony obracał w swych ogromnych brązowych palcach kieliszek. Malanow po raz pierwszy zauważył, że Arnold Pawłowicz ręce ma także poparzone — do samych łokci, a nawet wyżej. To mu nasunęło pytanie:

— No i kiedy pan teraz zniknie?

Sniegowoj wzdrygnął się, spojrzał na Malanowa, a następnie wciągnął głowę w ramiona i zgarbił się. Malanowowi wydało się nawet, że zamierza wstać i wyjść, i wtedy dotarło do niego, że pytanie zabrzmiało, delikatnie mówiąc, dwuznacznie.



16 из 128