
— Tak. Znam pułkownika Sniegowoja.
— A skąd pan wie, że on jest pułkownikiem? — niezwłocznie zainteresował się Igor Pietrowicz.
— No, jak by to panu wyjaśnić… — odparł wymijająco Malanow. — Bądź co bądź znamy się dosyć dawno…
— Jak dawno?
— N-no… myślę, że z pięć lat… od czasu, kiedy się tu sprowadziliśmy…
— A w jakich okolicznościach zawarliście znajomość? Malanow zaczął sobie przypominać. Rzeczywiście, w jakich okolicznościach? Do diabła… Kiedy po raz pierwszy przyniósł klucz czy co?… Nie, wtedy już się znaliśmy…
— Hm… — powiedział Malanow, zdjął nogę z nogi i podrapał się w kark. -Wie pan: nie pamiętani. Pamiętam tylko… Winda się zepsuła, a Irena — to moja żona — wracała ze sklepu z synem i z zakupami… Arnold Pawłowicz wziął od niej siatkę i dziecko… Żona zaprosiła go do nas… Zdaje się, że tego samego dnia wieczorem przyszedł…
— Był w mundurze?
— Nie — odpowiedział z przekonaniem Malanow.
— Tak… A więc wtedy zaczęła się wasza przyjaźń?
— No, może to przesada. Przychodzi czasami do nas… przynosi książki, od nas pożycza… czasami pijemy razem herbatę… a kiedy jedzie na delegację, zostawia u nas klucze…
— Po co?
— Jak to po co? — zdziwił się Malanow. — Mało co…
A rzeczywiście — po co? Jakoś mi to nigdy nie przyszło do głowy. Zapewne tak, na wszelki wypadek…
— Zapewne po prostu na wszelki wypadek — powiedział Malanow. — Na przykład, może jakiś krewny przyjechać… albo coś w tym rodzaju…
— Ktoś przyjeżdżał?
— Ależ nie… Jeśli dobrze pamiętam — nie przyjeżdżał. W każdym razie przy mnie. Być może żona coś będzie wiedziała na ten temat…
Igor Pietrowicz z zadumą pokiwał głową i następnie zapytał:
— A czy kiedykolwiek rozmawiał z nim pan o nauce, o pracy? Znowu o pracy.
