
Młody człowiek wszedł do dużego pokoju, taktownie stanął na środku, rozejrzał się bez skrępowania, a Malanow byle jak zebrał pościel, włożył koszulę, wciągnął dżinsy, dopadł okna, otworzył je i odsunął zasłony.
— Proszę usiąść tu, w tym fotelu… A może będzie panu wygodniej za biurkiem? Co się właściwie stało?
Ostrożnie, wymijając leżące na podłodze kartki papieru, młody człowiek podszedł do fotela, usiadł i położył na kolanach swoją papierową teczkę.
— Poproszę dowód osobisty — powiedział.
Malanow przekopał szufladę, znalazł dowód i okazał.
— Kto tu jeszcze mieszka? — zapytał gość, studiując dowód.
— Żona… syn… Tylko że teraz ich nie ma. Są w Odessie… na urlopie… u teściowej…
Przybyły położył dowód na swojej teczce i zdjął ciemne okulary. Zwyczajny, nieco prostacki z wyglądu młody człowiek. Z żadnej tam prokuratury, już raczej subiekt sklepowy. Albo, powiedzmy, monter telewizyjny z zakładu naprawczego.
— Pozwoli pan, że się przedstawię — powiedział. — Jestem Igor Pietrowicz Zykow, prokurator.
— Bardzo mi miło — powiedział Malanow.
W tym momencie przyszło mu do głowy, że przecież, do diabła, nie jest żadnym przestępcą kryminalnym, że przecież, do diabła, jest samodzielnym pracownikiem naukowym i ma tytuł kandydata nauk. A nie jakimś tam pętakiem, jeśli już o tym mowa. Założył nogę na nogę, usiadł wygodniej i powiedział sucho:
— Słucham pana.
Igor Pietrowicz uniósł oburącz swoją teczkę, także założył nogę na nogę, odłożył teczkę na kolano, zapytał:
— Czy zna pan Arnolda Pawłowicza Sniegowoja?
To pytanie nie zaskoczyło Malanowa. Nie wiadomo dlaczego, dla niego samego nie było jasne dlaczego — oczekiwał, że wypytywać go będą albo o Weingartena, albo o Arnolda Pawłowicza. Dlatego równie sucho odpowiedział:
