
Skamieniały Malanow przeniósł wzrok z wykresu na twarz Igora Pietrowicza i z powrotem na wykres. To się w ogóle nie mieściło w głowie. Nie mieściło się do takiego stopnia, że nie miały sensu ani słowa, ani krzyk, ani milczenie. I jeśli już patrzeć prawdzie w oczy do końca, w tej sytuacji należało się po prostu obudzić.
— No, a pańska żona jest w dobrych stosunkach ze Sniegowojem? — zapytał Igor Pietrowicz poprzednim, tak uprzejmym, że aż bezbarwnym głosem.
— W dobrych… — odparł tępo Malanow.
— Jest z nim na „ty”?
— Niech pan posłucha — powiedział Malanow. — Zniszczył mi pan wykres. Co to ma w końcu znaczyć?
— Jaki wykres? — zdziwił się Igor Pietrowicz.
— Ten, co tu leży…
— Ach ten! To nieistotne. Śniegowej przychodzi tu w czasie pana nieobecności?
— Nieistotne — powtórzył za nim Malanow. — Wie pan, może to dla pana jest nieistotne — powiedział, spiesznie zbierając z biurka papiery i byle jak wpychając je do szuflad. — Siedzi człowiek, haruje jak głupi, potem przychodzą tacy różni i mówią, że to nieistotne — mamrotał siedząc w kucki i zbierając z podłogi brudnopisy.
Igor Pietrowicz obserwował go z idealną obojętnością, starannie wkręcając papieros w cygarniczkę. Kiedy Malanow, zły i spocony, sapiąc wrócił na swoje miejsce, Igor Pietrowicz zapytał uprzejmie:
— Czy pozwoli pan, że zapalę?
— Pozwolę — powiedział Malanow. — Tu jest popielniczka… I wie pan, proszę szybciej pytać o to, co pana interesuje. Ja mam pilną pracę.
— To zależy tylko od pana — oświadczył Igor Pietrowicz, delikatnie wydmuchując dym kątem ust, żeby smuga ominęła Malanowa. A więc na przykład pytanie następujące: — Jak pan zwykle mówi o Śniegowoju — pułkownik, po nazwisku czy też Arnold Pawłowicz?
