
— Czasem tak, a czasem inaczej — burknął Malanow. — Co panu za różnica, jak ja go nazywam?
— Pułkownikiem też go pan nazywa?
— Też. No i co z tego?
— To bardzo dziwne — powiedział Igor Pietrowicz, ostrożnie strząsając popiół. — Bo widzi pan, Śniegowej został mianowany pułkownikiem dopiero przedwczoraj.
To był cios. Malanow milczał, czując, jak jego twarz robi się purpurowa.
— A więc skąd pan wiedział, że Śniegowej dostał awans na pułkownika?
Malanow machnął ręką.
— Dobrze już — powiedział. — Co tam…To tak, dla szpanu… Nie wiedziałem, że jest pułkownikiem… czy może tam podpułkownikiem. Po prostu byłem u niego wczoraj i zobaczyłem płaszcz z dystynkcjami… patrzę — pułkownik…
— A kiedy był pan wczoraj u niego?
— Wieczorem. Późno… Pożyczyłem od niego książkę…Tę właśnie…
Niepotrzebnie się wygadał o książce. Igor Pietrowicz natychmiast zabrał się do książki i zaczął ją przeglądać, a Malanow spłynął zimnym potem, ponieważ nie miał pojęcia, co to za książka i o czym.
— A w jakim to jest języku? — z roztargnieniem zapytał Igor Pietrowicz.
— E… — wymamrotał, po raz drugi spływając zimnym potem, Malanow — po angielsku, jak należy przypuszczać…
— Chyba raczej nie — powiedział Igor Pietrowicz wpatrzony w tekst. -To przecież cyrylica, a nie łaciński alfabet… O! To przecież rosyjski!
Malanow spocił się po raz trzeci, ale Igor Pietrowicz odłożył książkę na miejsce, rozsiadł się w fotelu, wsadził na nos swoje czarne okulary i wlepił je w Malanowa. A Malanow nie odrywał oczu od Igora Pietrowicza, starając się nie mrugać i nie spoglądać w bok. W głowie kołatało mu, co następuje: ty sukinsynu, ty zawszony kapitanie Konkassor… nie powiem, gdzie są nasi…
— Do kogo ja jestem podobny, pana zdaniem? — nagle zapytał Igor Pietrowicz.
— Do ekspedienta! — palnął bez zastanowienia Malanow.
