
Stękając wstał z tapczanu i właśnie wtedy zadzwonił telefon.
— Idiota — powiedział do aparatu i podniósł słuchawkę. — Halo!
— Baza? Kto przy telefonie? Baza?
Malanow odłożył słuchawkę i wykręcił numer biura naprawy.
— Biuro naprawy? Mój numer dziewięćdziesiąt trzy trzysta dziewięćdziesiąt osiem zero siedem… Wczoraj do was dzwoniłem. Nie mogę pracować, bez przerwy jakieś pomyłki.
— Pana numer? — przerwał mu wściekły głos kobiecy.
— Dziewięćdziesiąt trzy trzysta dziewięćdziesiąt osiem zero siedem. Ciągle do mnie dzwonią zamiast do „Inturistu” albo do zajezdni, albo…
— Niech pan odłoży słuchawkę. Sprawdzimy.
— Bardzo proszę… — błagalnie powiedział Malanow do przerywanego sygnału.
Następnie poczłapał do biurka, usiadł i wziął do ręki długopis. Ta-ak. Gdzie też ja widziałem tę całkę? Taka przystojna całka, całkowicie symetryczna… Gdzie ja ją widziałem? I to nie tylko stała, ale nawet się zeruje! No dobrze. Zostawimy ją na później. Nie lubię niczego zostawiać na później, czuję się, jakbym miał dziurę w zębie…
Zaczął przeglądać wczorajsze obliczenia i nagle poczuł słodki ucisk w sercu. Moje gratulacje, jak Boga kocham! Brawo, Malanów! Brawo! Wreszcie ci coś wyszło. I do tego nie byle co. To, bracie, nie „klucz do otwierania drzwi z drugiej strony”, do tego, bracie, nikt przed tobą nie doszedł! Żeby tylko nie zauroczyć… Ta całka… Niech tę całkę piekło pochłonie — jedźmy dalej!
