
Dzwonek. Tym razem do drzwi. Kalani zeskoczył z tapczanu i pobiegł do przedpokoju dumnie wznosząc ogon. Malanow pedantycznie odłożył długopis.
— Jakby się z łańcucha pourywali, słowo honoru — powiedział. W przedpokoju Kalam zataczał niecierpliwe koła, plątał się pod nogami i straszliwie miauczał.
— Ka-lam! — powiedział Malanow groźnie przytłumionym głosem. — Psik! Wynoś się!
Otworzył drzwi. Za drzwiami stał nikczemnego wzrostu mężczyzna w kusej marynarce nieokreślonego koloru, spocony i zarośnięty. Nieco odchylony do tyłu, dzierżył przed sobą ogromny karton. Burcząc niewyraźnie, ruszył wprost na Malanowa.
— E… a pan… — wymamrotał, cofając się Malanow.
Zarośnięty był już w przedpokoju — spojrzał w prawo do pokoju i bez wahania skręcił na lewo do kuchni, zostawiając na linoleum białe zakurzone ślady.
— Przepraszam… e… — mamrotał Malanow, następując mu na pięty.
Zarośnięty postawił już karton na taborecie i wyciągnął z kieszeni jakieś pokwitowania.
— Pan z administracji? — Malanow nie wiadomo dlaczego zaczął podejrzewać, że to hydraulik, który wreszcie przyszedł, żeby naprawić kran w łazience.
— Z „Delikatesów” — ochryple powiedział mężczyzna i wręczył Malanowowi dwa kwity spięte szpilką. — Proszę się podpisać w tym miejscu…
— A co to jest? — zapytał Malanow i jednocześnie zobaczył, że to blankiety zamówień. — Dwie butelki koniaku, wódka… — Niech pan poczeka — powiedział. — Moim zdaniem, my niczego nie…
Spojrzał na sumę do zapłacenia i opanowała go zgroza. Takich pieniędzy w domu nie było. Zresztą właściwie z jakiej racji? Ogarnięta paniką wyobraźnia błyskawicznie uszeregowała przed nim niemiłe konsekwencje wszelkich możliwych komplikacji, jak na przykład oburzenie, konieczność usprawiedliwiania się, zapierania, powoływania na zdrowy rozsądek… na pewno trzeba będzie gdzieś dzwonić, być może nawet jechać. Ale wtedy w kącie blankietu zauważył fioletowy stempel „zapłacone”, a obok nazwisko zamawiającego: I. Malanowa. Irka!… Ni cholery nie sposób zrozumieć…
