
— Jasne, że nie. Nigdy nie rozmawialiśmy o jego pracy.
— Więc skąd pan się domyślał?
Malanow wzruszył ramionami. Rzeczywiście, skąd? Takich rzeczy nie sposób wytłumaczyć… To jasne, że facet pracuje nad czymś niebywale tajnym, twarz poparzona, ręce… i zachowuje się odpowiednio… i to, że unika rozmów o swojej pracy…
— Nie wiem — powiedział Malanow. — Zawsze tak przypuszczałem… Nie wiem.
— Czy Śniegowej przedstawił kiedyś panu swoich przyjaciół?
— Nie, nigdy.
— A żonę?
— A czy on jest żonaty? Zawsze zdawało mi się, że jest starym kawalerem albo… no, tym… wdowcem…
— A dlaczego panu się tak zdawało?
— Nie wiem — odparł gniewnie Malanow. — Intuicja.
— A może żona panu o tym powiedziała?
— Irka? A skąd ona mogła wiedzieć?
— To właśnie chciałbym wyjaśnić.
Zapadła cisza, obaj gapili się na siebie.
— Nie rozumiem — powiedział Malanow. — Co pan chce wyjaśnić?
— Skąd pana żona wiedziała, że Śniegowej jest nieżonaty.
— E-e… A ona wiedziała o tym?
Igor Pietrowicz nie odpowiedział. Przenikliwie patrzył na Ma-lanowa, a jego źrenice w dziwaczny sposób złowieszczo zwężały się i rozszerzały. Nerwy Malanowa były napięte do ostatecznych granic. Czuł, że jeszcze sekunda i zacznie walić pięściami w biurko, bryzgać śliną i w ogóle straci twarz. Po prostu już nie mógł dłużej. W całej tej gadaninie był jakiś złowieszczy podtekst, jakaś lepka pajęczyna i w tę pajęczynę co chwila próbowano wciągnąć Irkę…
— No dobrze — powiedział nagle Igor Pietrowicz, zamykając notes… — A więc koniak trzyma pan tutaj… — pokazał palcem na barek. — A wódkę w lodówce. Co panu bardziej odpowiada? Panu osobiście.
— Mnie?
— Tak. Panu. Osobiście.
— Koniak… — powiedział ochryple Malanow i przełknął ślinę. Gardło miał wyschnięte.
— To znakomicie! — wesolutko oznajmił Igor Pietrowicz, lekko wstał i drobniutkimi kroczkami ruszył do barku. — Wszystko jest pod ręką… Ta-ak! — już gospodarował w barku. — Ach, ma pan nawet cytrynkę… troszkę zeschnięta, ale to nie szkodzi… Jakie kieliszki pan preferuje? Proponuję te, niebieściutkie…
