
Malanow tępo patrzył, jak Igor Pietrowicz z nieopisaną wprawą stawia na biurku kieliszki, kroi cytrynę na cieniutkie plasterki, otwiera butelkę.
— Wie pan — mówił — jeśli mam być szczery, pańska sprawa wygląda paskudnie. Oczywiście o wszystkim zadecyduje sąd, ale bądź co bądź pracuję już dziesięć lat i jakie takie doświadczenie posiadam. Przeważnie, wie pan, można przewidzieć, ile za co kto dostanie. No, kary śmierci niech się pan nie spodziewa, ale piętnaście lat, można powiedzieć, gwarantuję… — Precyzyjnie, nie uroniwszy ani kropli nalał koniak do kieliszków. — Rozumie się, zawsze mogą wyjść na jaw jakieś okoliczności łagodzące, ale chwilowo, mówiąc szczerze, takich nie widzę… Nie widzę, nie widzę, drogi panie! No… — podniósł kieliszek i zapraszająco skłonił głowę.
Zdrewniałymi palcami Malanow ujął swój kieliszek.
— W porządku… — powiedział nieswoim głosem. — Ale czy pomimo wszystko mógłby mi pan powiedzieć, co się stało?
— Ależ oczywiście! — zawołał Igor Pietrowicz. Wypił, wrzucił do ust plasterek cytryny i energicznie pokiwał głową. — Oczywiście mogę. Teraz wszystko panu opowiem. Mam do tego pełne prawo.
I opowiedział.
Dzisiaj o ósmej rano po Śniegowoja przysłano samochód, który miał go zawieźć na lotnisko. Ku zdumieniu kierowcy Sniegowoj nie czekał na niego, jak zazwyczaj, w bramie. Kierowca odczekał pięć minut, a następnie pojechał windą na górę i zadzwonił do mieszkania. Nikt mu nie otworzył, chociaż dzwonek działał — kierowca znakomicie go słyszał. Wtedy zszedł na dół i z automatu na rogu zadzwonił i zameldował o zaistniałej sytuacji. Zaczęto telefonować do Sniegowoja, ale numer był bez przerwy zajęty. Tymczasem kierowca obszedł dom i stwierdził, że w mieszkaniu Sniegowoja otwarte są wszystkie trzy okna i chociaż słońce było już wysoko, pali się światło.
