
Sam Zachar przypuszcza, że nieprzyjemności związane z Przybyszami zaczęły się u niego od jakiejś paskudnej wysypki na nogach. Z tą wysypką natychmiast pobiegł do lekarza, ponieważ zawsze bardzo dbał o siebie, stosunek do choroby miał nowoczesny. Lekarz uspokoił go, przepisał jakieś pigułki, wysypka minęła, ale zaczęła się inwazja kobiet. Nachodziły go całymi watahami — wszystkie kobiety, z którymi kiedykolwiek coś go łączyło. Obijały się w jego mieszkaniu po dwie, po trzy, a w ciągu jednego strasznego dnia było ich nawet pięć jednocześnie. Należy tu z naciskiem podkreślić, że Zachar absolutnie nie mógł zrozumieć, czego od niego chcą. Więcej, odniósł wrażenie, że i one same tego nie wiedzą. Wymyślały mu, przeklinały go, tarzały się u jego stóp po podłodze, błagały o jakieś niepojęte rzeczy, walczyły ze sobą jak wściekłe kocice, wytłukły wszystkie naczynia, roztrzaskały błękitny japoński zlewozmywak, zniszczyły meble. Dostawały ataków histerii, próbowały się truć, niektóre groziły otruciem Zachara, były niestrudzone i nieprawdopodobnie wymagające w miłości. A przecież większość z nich od dawna była zamężna, swoich mężów kochały, dzieci także, a mężowie również przychodzili do Zachara i zachowywali się zagadkowo. (W tej części opowiadanie Zachara było szczególnie zagmatwane).
Krótko mówiąc, życie Zachara przekształciło się w kompletne piekło, ubyło mu sześć kilogramów, wysypka wróciła tym razem już na całym ciele, o żadnej pracy nie mogło być mowy, musiał wziąć bezpłatny urlop, chociaż jedynym jego majątkiem były długi. Początkowo próbował ukryć się przed inwazją w swoim instytucie, ale bardzo szybko zrozumiał, że ta metoda doprowadzi tylko do błyskawicznego rozgłoszenia jego czysto osobistych kłopotów. (Ten fragment był również mocno niewyraźny).
To piekło trwało bez przerwy dziesięć dni i nagle przedwczoraj skończyło się.
