— Jestem, jestem — odparł Carewe i zanim włączył wizję, usunął z pola widzenia karty komputerowe, z którymi powinien był się uporać dwa dni temu. — Czym mogę służyć?

Wzrok Barenboima znieruchomiał na twarzy Carewe’a i prezes obdarzył go uśmiechem.

— Nie na falach eteru — powiedział. — Proszę przyjść za pięć minut do mojego biura. Oczywiście jeżeli może się pan wyrwać.

— Naturalnie, że mogę.

— Doskonale. Chciałbym omówić coś z panem w cztery oczy — rzekł Barenboim i jego bezwłosa twarz rozpłynęła się w powietrzu, wydając Carewe’a na pastwę niejasnych niepokojów.

Prezes był wobec niego przyjazny — inaczej się do niego nie odnosił wbrew temu, co mówiła o nim większość pracowników Farmy — ale przy tym dał mu wyraźnie poznać, że coś zamierza. A Carewe niechętnie stykał się ze starymi ostudzonymi, nawet na gruncie czysto towarzyskim. W jego pojęciu wiek stu lat stanowił granicę, poniżej której można było jeszcze uważać ostudzonego za zwykłego człowieka. Ale jeśli miało się do czynienia z kimś takim, jak Barenboim, który pięć lat temu obchodził dwusetne urodziny…

Carewe zaniepokojony wstał. Zmienił zewnętrzną ścianę w lustro, obciągnął tunikę i przyjrzał się sobie uważnie. Wysoki, barczysty, choć nie wyróżniający się atletyczną budową ciała, z prostymi, czarnymi włosami i bladą twarzą o cokolwiek desperackim wyrazie, ocienioną szczeciniastym zarostem w kształcie hiszpańskiej bródki, prezentował się całkiem dobrze, choć może niezupełnie jak ideał księgowego. Czemu więc bał się rozmawiać z ostudzonymi w rodzaju Barenboima i jego zastępcy Manny’ego Pleetha? Dlatego, że już czas, żebyś i ty się ostudził, odpowiedział mu wewnętrzny głos. Czas, żebyś się utrwalił, a nie lubisz, kiedy ci się o tym przypomina. Jesteś sprawny w pełnym znaczeniu tego słowa, Willy, i nie mówię tego w sensie: sprawny fizycznie lub czynny biologicznie, ale tak jak mówią to ostudzeni. Po prostu sprawny!



2 из 156