
— Tak?
Carewe przyjrzał się uważnie obu szefom, szukając wyjaśnienia, ale twarz Barenboima była, jak-zwykle, nieprzenikniona, natomiast Pleeth, z oczami jak wyblakłe krążki, kołysał się lekko na swoim niewidzialnym krześle i uśmiechał się zaciśniętymi ustami, kontemplując jakieś tajemne triumfy.
— Owszem — ciągnął Barenboim. — Zdrowy rozsądek, chłopski rozum, olej w głowie — jak go zwał, tak go zwał — w każdym razie żadna firma nie może bez tego prosperować. Powiadam panu, Willy, zabiegają u mnie o pracę naprawdę rozgarnięci chłopcy, a ja odsyłam ich z kwitkiem, bo są za inteligentni i tacy wykształceni, że nikt ich nie przegada. Zupełnie jak komputery, które wykonują milion obliczeń na sekundę, a w rezultacie wysyłają noworodkowi tysiącdolarowy rachunek za elektryczność. Rozumiemy się?
— Tak, znam paru takich — odparł Carewe śmiejąc się przez grzeczność.
— I ja też, aż za wielu, ale pan jest inny. I właśnie dlatego tak szybko pana awansowałem, Willy. Pracuje pan tu od pół roku, a już zajmuje się pan kontrolą kosztów utrzymania całego działu biopoezy. Gdyby miał pan co do tego wątpliwości, to jest to naprawdę bardzo szybki awans. Inni pracują u mnie od czterech, pięciu lat i nadal zajmują najniższe stanowiska.
— Jestem szczerze wdzięczny za wszystko, co pan dla mnie zrobił — zapewnił Carewe z rosnącym zaciekawieniem. Zdawał sobie sprawę, że jest całkiem dobrym księgowym — czyżby mogło się zdarzyć, żeby jakieś osobliwe korzystne wzajemne oddziaływanie osobowości wywindowało go na wiele lat przed terminem na najwyższy szczebel zarządzania?
Barenboim spojrzał na Pleetha, który bawił się złotym cygarem, i znów na Carewe’a.
— Ponieważ określiłem jasno swoje stanowisko, czy pozwoli pan, że zadam bardzo osobiste pytanie? Sądzi pan, że mam do tego prawo?
— Naturalnie — odparł Carewe przełykając ślinę. — Proszę pytać.
