
W ciągu półrocznej pracy w Farmie Carewe widział Pleetha zaledwie kilka razy, zwykle z daleka. Ten sześćdziesięciolatek utrwalił się, sądząc z jego chłopięcego wyglądu, w wieku około dwudziestu lat. Podobnie jak wszyscy ostudzeni, miał twarz bez zarostu, jakby mu ją wyszorowano pumeksem, żeby usunąć z niej nawet najdrobniejsze ślady meszku. Całą skórę od włosów nad czołem aż do szyi oblewał mu jednolity jasny rumieniec, który rozszerzał się nawet na białka bladoniebieskich oczu. Carewe’owi nasunęło się nieodparte skojarzenie z postaciami z komiksów, jakie widział w programach poświęconych historii literatury — karykaturzysta oddałby nos Pleetha pojedynczą, haczykowatą kreską, zaś wąskie usta krótką wygiętą w górę linią odzwierciedlającą wymuszone rozbawienie jakąś niezgłębioną, nieodgadnioną myślą czającą się pod gładkim jak plastik czołem.
Pleeth ubrany był w bursztynową tunikę i wąskie spodnie, a jedyną ozdobę całego stroju stanowił cyzelowany w złocie wisiorek w kształcie cygara. Skinął głową Carewe’owi, rozciągając odrobinę szerzej usta, i zajął miejsce u boku Barenboima, sadowiąc się na pozór w powietrzu, ale podtrzymywało go magnetyczne krzesło model Królowa Wiktoria wmontowane w siedzenie spodni.
— A więc do rzeczy — przemówił natychmiast Barenboim, odsuwając papiery na bok i wbijając w Carewe’a poważne, przyjazne spojrzenie. — Od jak dawna pracuje pan dla Farmy, Willy?
— Pół roku.
— Pół roku… a czy zdziwiłaby pana wieść, że odkąd pan tu pracuje, obaj z Mannym pilnie pana obserwujemy?
— Mm… wiem oczywiście, że utrzymujecie ścisły kontakt z całym personelem — odparował Carewe.
— To prawda, ale panem interesujemy się szczególnie. Interesujemy się osobiście panem, bo pan nam się podoba. A podoba nam się pan dlatego, że posiada pan bardzo rzadką cechę — rozsądek.
