
Carewe ze zdumieniem wsłuchiwał się we własny głos, zastanawiając się, jakie potworności za chwilę wypowie.
— Postanowiłem po cichu — ciągnął — że dla uczczenia tej rocznicy ja i Atena powinniśmy powtórzyć swój miodowy miesiąc. Potem zamierzałem się utrwalić.
Z twarzą, na której odmalowały się zdumienie i ulga, Barenboim spojrzał na Pleetha, a ten, rumiany i karykaturalnie zadowolony, skinął głową podskakując na sprężynującym krześle.
— Nawet pan nie wie, Willy, jak się cieszę, że się pan zdecydował — powiedział Barenboim. — Nie chciałem wywierać żadnego nacisku. Pragnąłem, żeby działał pan jak człowiek najzupełniej wolny.
Co się ze mną dzieje? — zadał sobie w duchu pytanie Carewe. Z trudem hamował odruch, żeby dotknąć zarostu na twarzy, gdy ta myśl zapłonęła mu w głowie zimnym ogniem — nie planowałem wcale, że się za miesiąc utrwalę.
— Willy — zwrócił się do niego uprzejmie Barenboim. — Nie jest pan głupi. Jak dotąd nasza rozmowa była bezprzedmiotowa, więc pewnie siedzi pan i zastanawia się, po co pana tu poproszono. Mam rację?
Carewe skinął głową w roztargnieniu. Nie mogę się utrwalić, myślał. Wprawdzie Atena mnie kocha, ale straciłbym ją w przeciągu roku.
— A więc przystąpmy do rzeczy. — W słowach Barenboima, sformułowanych i wymówionych z wprawą nabraną w ciągu życia trzykrotnie dłuższego niż normalne, zabrzmiało nieoczekiwanie pełne napięcia podniecenie i Carewe’a zmroziło złe przeczucie. — Czy chciałby pan zostać pierwszym w dziejach rasy ludzkiej mężczyzną, który zdobywając nieśmiertelność zachowa męską sprawność?
Umysł Carewe’a eksplodował obrazami, chaosem słów, pojęć, pragnień, obaw. Przemierzył niezliczone nieskończoności, nad srebrzystymi morzami przetoczyły się czarne gwiazdy.
— Widzę, że cios był mocny. Potrzeba chwili na oswojenie się z tą myślą — powiedział Barenboim i z zadowoloną miną rozparł się w krześle, splatając białe palce.
— Przecież to niemożliwe — zaprotestował Carewe. — Powszechnie wiadomo, że…
