
– Czym cię rozzłościł ten stary znajomy?
– Nie rozzłościł mnie. Po prostu zjawił się nieoczekiwanie i to mnie zaskoczyło – odparła wymijająco i dała córce lekkiego prztyczka w nos. – Muszę zajrzeć do banku i na pocztę, ale potem możemy wybrać się na lody.
Caitlyn natychmiast rozpogodziła się.
– A może na tort lodowy?
– Dlaczego nie? Mijały właśnie tablicę witającą przyjezdnych w Clear Springs. Może rzeczywiście jest to okazja do świętowania? Przecież niecodziennie spotyka się ojca swojej córki. Boże, czy kiedykolwiek zdobędzie się na to, by mu powiedzieć, że Caitlyn jest jego dzieckiem? A jak on zareaguje? Roześmieje się jej w twarz? Zarzuci jej kłamstwo? Będzie tak oszołomiony, że choć raz zabraknie mu słodkich, fałszywych słówek? A może od razu pozna, że to prawda i postanowi zostać prawdziwym ojcem Caitlyn? Jeśli zażąda choćby częściowej opieki nad dzieckiem, Sam na pewno nie wygra z nim w sądzie. Dobrze opłaceni prawnicy rodziny Fortune nie dadzą jej szans.
Nagle poczuła, że coś ją ściska w gardle. Wjechała na parking i nakazała sobie spokój. Przecież Kyle będzie tu tylko przez pół roku. Nawet jeśli się dowie, że Caitlyn to jego córka, nie podejmie żadnych gwałtownych kroków. Zachowa się rozsądnie. Na pewno. Ale co z Caitlyn? Jak zareaguje, kiedy się dowie, kto jest jej ojcem?
Samantha wiedziała jedno. Nie odda swojego dziecka nikomu. Nawet człowiekowi, który je spłodził.
ROZDZIAŁ DRUGI
– Co za bałagan! – Prychając z oburzeniem, spojrzał na zapisane odręcznym pismem księgi rachunkowe.
Pożółkłe stronice leżały na blacie starego, dębowego biurka, które stało w tym pokoju od niepamiętnych czasów. Dębowa landara należała kiedyś do Bena Fortune'a, dziadka Kyle'a i męża Kate. Prawdę mówiąc, Kyle nie pamiętał, by kiedykolwiek widział Bena za biurkiem. Nie, ranczo zawsze było królestwem Kate, jej schronieniem przed gonitwą miejskiego życia. Te księgi jednak go zadziwiły.
