
Kyle mu nie zazdrościł. Nikomu tu dzisiaj nie zazdrościł. Rozluźnił kołnierzyk i starał się skoncentrować.
Sterling spojrzał na niego przelotnie, odwrócił kartkę i czytał dalej miękkim, spokojnym głosem. Kyle go lubił. Podejmował szybkie decyzje i niczego nie owijał w bawełnę. Okulary zsunęły mu się na czubek nosa, a siwe włosy, starannie przyczesane, połyskiwały srebrzyście w łagodnym świetle lamp.
– Mojemu wnukowi, Grantowi McClure, zapisuję rodowodowego ogiera rasy appaloosa…
Kyle obserwował przyrodniego brata, ale ten nadal patrzył przez okno, nawet nie drgnąwszy na dźwięk swojego imienia. Grant, ubrany w dżinsy, kurtkę niczym z westernu i kowbojski kapelusz, nie pasował tutaj tak samo jak jego zakurzona furgonetka nie pasowała do parkingu wypełnionego najdroższymi samochodami. Kyle nie miał wątpliwości, że brat kowboj nie może doczekać się chwili, kiedy wsiądzie do samolotu, zostawi za sobą światła wielkiego miasta i wróci do życia gdzieś w zabitej deskami dziurze, czyli w Clear Springs w Wyoming.
Obok Granta siedziała Kristina, jedyne dziecko Nate'a i Barbary, czyli ojca Kyle'a i jego macochy. Niespokojnie wierciła się na krześle i zagryzała dolną wargę, jednocześnie udając, że bardzo ją interesuje, co się wokół niej dzieje. Była rozpieszczona ponad wszelką miarę. Odrzuciła na plecy kosmyk jasnych włosów. Widać było, że wiele by dała, by móc uciec z zakurzonej kancelarii adwokata. Rzuciła Kyle'owi rozpaczliwe spojrzenie i odwróciła wzrok.
Nie brał jej tego za złe. Mieli za sobą pogrzeb, nabożeństwo nad grobem i krótkie przyjęcie na stojąco, dla rodziny i najbliższych przyjaciół Kate. Nieprzerwanym strumieniem napływały setki kart z kondolencjami, nieprzebrane morze kwiatów oraz dziesiątki tysięcy dolarów w czekach wystawionych dla organizacji charytatywnych, które popierała Kate. Były też pytania dziennikarzy, spekulacje na temat śmierci, jej samotnego lotu nad dżunglą Ameryki Południowej, utraty kontroli nad maszyną i straszliwej katastrofy…
