Pewnej wiosny gdzieś w połowie dziewiętnastego wieku w Dimmuborgir rozegrały się ponure wydarzenia. Nikt by już teraz nie potrafił powiedzieć, kiedy się to dokładnie zdarzyło – chyba pomiędzy rokiem 1840 a 1870 – ani co to konkretnie było. Przetrwały tylko głuche wieści przekazywane z ust do ust.

Ludzie mieszkający w pobliżu Myvatn mówili o jakimś strasznym niepokoju, opowiadali o przelatujących nad okolicą wielkich chmarach krzyczącego ptactwa. Najwięcej jednak wiedziało paru mężczyzn, którzy w tym czasie podróżowali przez pustkowia na małych, ale bardzo silnych islandzkich konikach. Za bardzo do Dimmuborgir się owi jeźdźcy zbliżyć nie mogli, powiadano. Coś jednak tam dostrzegali, a konie stawały dęba i szarpały się niespokojnie, tak że trudno je było utrzymać w cuglach.

Od tego punktu poszczególne opowieści już się bardzo od siebie różnią. Jedni mówią, że jeźdźcy widzieli ogromne chmary spłoszonego czarnego ptactwa kołujące nad okolicą. Inni twierdzą, że były to strzelające w górę purpurowe płomienie ognia, które barwiły na czerwono formacje zastygłej lawy, jeszcze inni opowiadają o drganiach powierzchni ziemi albo o strasznym, bolesnym krzyku, wydobywającym się z jej wnętrza.

Jeśli chodzi o wybuchy ognia i trzęsienie ziemi, to w tej okolicy nie jest to nic nadzwyczajnego. Być może więc zdarzyło się tu jakieś zwyczajne trzęsienie ziemi, ubarwione dodatkowo w podaniach. Takie opowieści na ogół z latami rozrastają się i nabierają grozy.

Czy zatem istnieją powody, by dawać wiarę pogłoskom o wydarzeniach w Dimmuburgir?

Nie byłoby powodu, gdyby nie ten głęboki towarzyszący opowiadaniom lęk. To nie był zwykły niepokój, jaki na ogół poprzedza wybuch wulkanu czy gejzeru, to coś poważniejszego, twierdzą ludzie. Coś dotyczącego głębi człowieczej duszy.

Ale nie stało się potem nic, co mogłoby zagadkę wyjaśnić. Choć nie dla wszystkich. Niektórzy wiedzieli…



2 из 194