
– Wypływacie w samo południe, prawda? – Gdy Rupert zadał to pytanie, było pół do ósmej rano dziesiątego kwietnia. – To wspaniały statek. Życzę jak najlepszej podróży i pomyślnych wiatrów!
Pomachał im ręką na pożegnanie. Stojąca przy nim Liz ze smutkiem patrzyła, jak odjeżdża pierwszy samochód, za nim drugi i wreszcie ostatni. Kate uśmiechała się wyglądając przez okno. Na kolanach trzymała Alexis, a siedzący obok Bertram obejmował ją ramieniem.
– Kocham was! – zawołała Liz, gdy auta przyspieszały z pomrukiem silników. – Kocham was!…
Jej słowa rozpłynęły się w powietrzu. Otarła oczy nie rozumiejąc, dlaczego dręczy ją niepokój. "To niepoważne, zobaczę ich przecież już w sierpniu." Uśmiechnęła się do własnych myśli i weszła za mężem do domu. Rupert zamknął się w bibliotece, co często czynił przed południem, Liz zaś wróciła do jadalni. Posmutniałym wzrokiem patrzyła na opustoszałe miejsca przy stole, a gdy służba zbierała talerze, ogarnęło ją przejmujące uczucie samotności. Jeszcze przed chwilą pokój był pełen życia i ludzi, których kochała, teraz panowała tu dźwięcząca w uszach cisza. Znowu była sama. Tymczasem jej bliscy zmierzali do Southampton.
Rozdział drugi
Dotarłszy do portu w Southampton samochód wiozący Kate i Bertrama poprowadził kawalkadę pojazdów lorda Hickhama do miejsca, gdzie pasażerowie pierwszej klasy wchodzili na pokład. George, jadący z Edwiną i Filipem w drugim z kolei aucie, nie mógł z podniecenia usiedzieć na miejscu, czym doprowadzał rodzeństwo do rozpaczy, aż wreszcie siostra kategorycznie przywołała go do porządku. Niewiele to jednak pomogło.
– Popatrz, popatrz Edwino! – zawołał George ujrzawszy cztery potężne kominy statku.
