
Filip bezskutecznie starał się go uspokoić. W przeciwieństwie do rozhukanego młodszego brata przeczytał wiele o statku, stąd wiedział, że wezmą udział w jego dziewiczym rejsie. Niemal identyczny "Olympic" pływał po morzach już od roku, ten wszakże, RMS "Titanic", był największym w świecie liniowcem, o połowę większym od innych. George'owi aż dech zaparło na jego widok. Ojcowska gazeta nazwała go "Statkiem Cudów", a na Wall Street określono go mianem "Ulubieńca Milionerów". Czekający ich rejs był przywilejem tylko dla wybranych. Bertowi Winfieldowi udało się zarezerwować pięć z dwudziestu ośmiu luksusowych kabin na pokładzie B, jednym z wielu "cudów" odróżniających ten statek od innych. Kabiny te miały okna zamiast iluminatorów, a umeblowano je pięknymi francuskimi, holenderskimi i brytyjskimi antykami. Pokoje Winfieldów, połączone ze sobą, tworzyły jeden wielki apartament.
George miał zamieszkać z Filipem, Edwina z Alexis, Oona z Fannie i Teddym, Bertram i Kate zaś w największej kabinie, sąsiadującej z pokojem ich przyszłego zięcia, Charlesa Fitzgeralda. Poprzedzająca rejs podniosła atmosfera sprawiła, że George nie mógł doczekać się chwili wejścia na pokład. Gdy tylko samochody się zatrzymały, rzucił się w stronę trapu. Jego starszy brat był jednak szybszy i zaciągnął go z powrotem pod opiekuńcze skrzydła Edwiny, która pomagała matce utrzymać w ryzach gromadkę dzieci.
– A gdzież to się wybierasz, młody człowieku? – rzucił Filip tonem swego ojca, ignorując nieprzychylne spojrzenie brata.
– Niedługo będziesz przybierał ton wuja Ruperta – odparł George, lecz Filip pominął tę uwagę milczeniem. – Nie wolno ci się stąd ruszać, dopóki ojciec nie pozwoli wejść na pokład. – Filip zerknął na resztę dzieci i zauważył, że Alexis kurczowo trzyma się spódnicy matki, a niania ledwo może się uporać z dwójką zapłakanych maluchów. – George – polecił – idź pomóc przy Teddym. Oona i mama muszą się zająć bagażem.
Ojciec właśnie odprawiał szoferów lorda Hickhama. Za takimi chwilami jak ta George wprost przepadał, panujący bowiem chaos pozwalał zwykle ulotnić się i robić to, na co przyszła mu ochota.
