

Maureen Child
Miłosny blues
Bourbon Street Blues
Mój najdroższy Remy!
Pamiętasz, kochany, te pierwsze lata, kiedy zostaliśmy dumnymi właściciełami Hotelu Marchand? Oboje marzyliśmy o tym, żeby stworzyć światowej klasy obiekt, w którym chętnie zatrzymywaliby się goście odwiedzający nasze piękne miasto. Ty dokonywałeś cudów w kuchni, starając się umieścić potrawy kajuńskie na mapie kulinarnej świata, a ja jeździłam po wyprzedażach w poszukiwaniu starych mebli przywodzących na myśl klimat minionych epok, w przerwach zaś między podróżami rodziłam kolejne córki. Byliśmy szczęśliwi, bo mieliśmy siebie i nasze marzenia.
Teraz, gdy hotel nękają coraz to inne problemy, często wracam myślami do tamtych czasów. Pocieszam się, że wtedy też nie było nam łatwo, a jednak sobie poradziliśmy. Od paru łat występuje u nas wspaniała piosenkarka jazzowa, Holly Carlyle. Kiedy słyszę jej pieśni o miłości, czuję, że jesteś przy mnie i że hotel, który razem zbudowaliśmy, przetrwa na wieki.
Twoja kochająca żona Anne
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Uśmiechnąwszy się do swojego akompaniatora, Holly Carlyle oparła się o lśniące czarne pianino, odgarnęła z twarzy długie, rude'loki i pomalowanymi na czerwono paznokciami wystukała kilka ostatnich taktów.
– Tommy, było fantastycznie – powiedziała. Jeżeli zdołamy to wieczorem powtórzyć, publiczność oszaleje.
Tommy Rayes westchnął cicho, po czym czule, jakby to było ciało kochanki, pogładził palcami klawisze. Na każdej ręce nosił po dwa srebrne sygnety. Gdy tak siedział przy pianinie, chudy, w czarnym garniturze, światło u sufitu padało na jego brązową twarz i poprzetykane siwymi nitkami kręcone czarne włosy.
Tommy twierdził, że na pianinie gra od kołyski. Może. Tak czy inaczej nikt w Nowym Orleanie nie czułjazzu lepiej od niego.
