
Występowali razem od prawie czternastu lat, współpraca układała im się znakomicie. Holly nie mogła sobie wymarzyć lepszego partnera. W dodatku Tommy traktował ją jak córkę; cieszyło ją to, zważywszy że właściwie nie miała nikogo bliskiego. Tommy, jego żona Shana i ich dzieci stanowi li jej jedyną rodzinę. Bez nich jej życie nie miałoby sensu.
– Zdaje się, że masz wielbiciela – szepnął niskim głosem muzyk, raz po raz przebiegając palcami po klawiaturze.
– Co? Kogo?
Wskazał głową na koniec sali.
Przy stoliku pod ścianą siedział samotny mężczyzna, trzymając w ręku butelkę piwa. Mimo że światło tam nie docierało, Holly zauważyła, że człowiek ten ma posępną minę.
– Kto to?
– Z tej odległości nie widzę – odparł Tommy. – Shana mówi, że powinienem zmienić okulary.
Wprawdzie przez okno wpadały promienie słońca, lecz w środku panował półmrok. Przez całą długość sali ciągnął się mahoniowy bar, za którym na lustrzanych półkach odbijających światło stały butelki wszelkich możliwych kształtów i rozmiarów. Przy ścianie okiennej ciągnęła się druga lada dla tych, którzy popijając drinka, lubili obserwować życie toczące się na zewnątrz. Większość gości jednak wolała siedzieć przy małych okrągłych stolikach, ustawionych na ciemnej drewnianej podłodze.
– Nie wygląda na wielbiciela – oznajmiła cicho Holly, przenosząc spojrzenie z mężczyzny w rogu na Tommy'ego. – Raczej na smutasa, który szuka pocieszenia.
Muzyk wykrzywił wargi w uśmiechu i mrugnął do Holly.
– Smutasa? Szkoda, że nie zwróciłaś uwagi na jego twarz, kiedy śpiewałaś.
– Rm. – Oparła się łokciami o gładką, chłodną powierzchnię instrumentu. – Podobało mu się?
– Patrzył na ciebie jak pies w gnat.
– Ale z ciebie pochlebca! – Holly roześmiała się wesoło.
– Idź się przywitaj, zamień z człowiekiem słowo.
