Nie ma sensu martwić się na zapas. A poza tym wiedział, że klub odniesie. sukces. Po prostu czuł to. Oczami wyobraźni widział zajęte stoliki. Goście tłoczą się przy barze. W powietrzu unoszą się dźwięki trąbki, a towarzyszy im niski, jedwabisty głos Holly.


Znów zaczął myśleć o ślicznej rudowłosej wokalistce. Wywarła na nim wrażenie. W sunął ręce do kieszeni dżinsów. W ciągu trwającej kilka minut rozmowy Holly Carlyle zburzyła mur, za którym krył się od wielu lat.


Pamiętał jej promienny uśmiech, łagodne szare oczy, wdzięk, z jakim się poruszała, skupienie, z jakim mieszała mrożoną herbatę· Zaintrygowała go.


Psiakość, wcale tego nie chciał! Nie chciał znaleźć się pod urokiem tej ani jakiejkolwiek innej kobiety. Frannie za bardzo zalazła mu za skórę·


Wprawdzie Holly w niczym nie przypominała Frannie, ale to nie ma znaczenia. Obie były kobietami, a jedno, czego się nauczył w ciągu ostatnich dziesięciu lat, to fakt, że obdarzenie kobiety zaufaniem kończy się bólem i gorzkim rozczarowaniem.

A jednak na samo wspomnienie zmysłowego śpiewu Holly poczuł dziwny ucisk w trzewiach. To właśnie jej głos sprawił, że zamiast po rozmowie z LeSoeurem opuścić hotel, postanowił na chwilę zajrzeć do baru. A potem słuchał jak zahipnotyzowany. Nawet gdy już skończyła próbę, nie potrafił wstać od stolika i wyjść.

– Parker?

Miała w sobie coś urzekającego. Coś, czego podświadomie szukał. Coś, czego pragnął. Czego, psiakrew, pragnął wbrew zdrowemu rozsądkowi. – Rej, Parker!

Wyrwany z zadumy obrócił się i naprzeciw siebie ujrzał szefa ekipy budowlanej. Joe Billet, potężny facet o szerokiej klatce piersiowej i dłoniach wielkości rakiet do pingponga, patrzył na niego ze zniecierpliwieniem w oczach.

– Przepraszam, zamyśliłem się.

– A sądząc po twojej minie, nie były to wesołe myśli.



17 из 141