
– To prawda. O co chodzi, Joe?
– O damską toaletę – odparł mężczyzna, wskazując na zaplecze. – Zgodnie z poleceniem zamontowaliśmy te wszystkie mosiężne elementy. Może chcesz na to zerknąć?
– Jasne.
Lepiej skupić się na remoncie klubu niż na głosie i oczach ślicznej Holly, uznał Parker.
Rozmyślanie o jej walorach może mu tylko przysporzyć kolejnych kłopotów. Więc ignorując obraz, którego nie umiał się pozbyć, poszedł pośpiesznie za majstrem budowlanym.
Popołudniowe słońce wpadało ukosem przez okna do kuchni Rayesów, nadając pomalowanym na seledynowy kolor ścianom ciepły, łagodny odcień. Holly wciągnęła w nozdrza zapach wydobywający się z wielkiego rondla, po czym wzięła drewnianą łyżkę i zamieszała bulgoczące na ogniu gęste gumbo z krewetkami.
– Mmm – westchnęła błogo. – Shano, jesteś najlepszą kucharką w całym Nowym Orleanie.
Stojąca przy zlewie kobieta przerzuciła przez ramię ścierkę i roześmiała się wesoło.
– Łatwo cię zadowolić, skarbie.
– Wcale nie – sprzeciwiła się Holly.
Odsunąwszy się od kuchenki, usiadła przy okrągłym stole i rozejrzała po znajomym wnętrzu. Białe szafki pod ścianą, na środku wyspa, nad nią potężna żelazna konstrukcja, z której zwisały mosiężne patelnie i garnki. Lśniące czystością granitowe blaty, na których stały jedynie rzeczy potrzebne do przygotowania dzisiejszej kolacji.
Shana Raye's nie lubiła bałaganu.
Holly skierowała wzrok na żonę Tommy'ego. Kobieta miała gładką, kakaową cerę pozbawioną zmarszczek oraz duże brązowe oczy, które iskrzyły się od śmiechu. Włosy krótko przycięte, w uszach grube złote kółka. Szczupła, wysoka, ubrana w czarną spódnicę oraz jasnożółtą bluzkę. Na nogach sandałki na obcasach, które stukały o podłogę, ilekroć przechodziła od zlewu do kuchni i z powrotem do zlewu.
– Skoro nic nie robisz, może byś wyłuskała groszek?
– Tak jest, szefowo. – Holly przysunęła bliżej durszlak pełen świeżych zielonych strąków. – Spotkałam dziś w hotelu Paikera Jamesa.
