
– Nie, nazywa się podobnie, ale inaczej, i na imię jej Krysia. To całkiem co innego. A co…?
– Jesteś pewna…?
Zastanowiłam się.
– Nazwisko zbliżone, mogę zadzwonić do Krysi i zapytać, czy na przykład, nie ma na drugie imię Ewa. Ale wątpię. A co się stało?
– Nic nie rozumiem. Dzwoniła do mnie holenderska policja, już dwa razy, drugi raz przed chwilą, i upierają się, że u mnie mieszka Ewa Thompkins. W życiu takiej nie znałam! Czy ty coś wiesz na ten temat?
– Pierwsze słyszę. Dlaczego ona ma mieszkać u ciebie? Zaraz… Holenderska policja? Nic z tego kompletnie nie rozumiem. Mówili coś więcej?
– Mówili. Ta jakaś Ewa Thompkins na stałe mieszka w Anglii, w Londynie. W Chelsea. Byłaś tam?
– Byłam. W pewnym stopniu dzielnica willowa. Widziałam domki jednorodzinne. I co?
– I podobno przyjechała do Polski na wakacje i podała adres w Krakowie, u mnie. Tak powiedziała jakaś facetka stamtąd, gosposia albo kuzynka, pytali, czy w ogóle u mnie była i upierali się, że muszę ją znać. Nie znam, jak Boga kocham!
– Może ona z Polski?
– Może, nie wiem…
Coś mi przyszło do głowy.
– Czekaj, może Thompkins to po mężu, a ty ją znałaś pod panieńskim nazwiskiem. Nie powiedzieli, jakie miała panieńskie nazwisko?
– Nie. Ale czekaj, to możliwe. Tyle że żadnej takiej u mnie nie było. W ogóle nikogo nie było, przecież ja tu krótko mieszkam! Ty byłaś, przez pół dnia!
– Nie wymawiaj mi, krócej niż przez pół. To nie to samo. Zaraz. Może ona była u tych ludzi, którzy tam mieszkali przed tobą?
Martusia milczała przez dwie sekundy.
– A wiesz, że to możliwe… Nie spytałam ich, kiedy… Zostawili mi numer telefonu…
Samochody przede mną zapaliły silniki.
– Zadzwoń do nich i spytaj. O panieńskie nazwisko i kiedy była. I wyłącz się, zaczynają wpuszczać na prom, z komórką przy uchu nie wjadę. Zadzwonię później, jeśli na promie nie będzie zasięgu, to już z lądu. Cześć!
