
– Yes, I do – usłyszał w odpowiedzi i prawie nie uwierzył swemu szczęściu.
Reszta rozmowy przebiegła bez specjalnych zakłóceń, jeśli nie liczyć treści, która, wyraźnie na to wyglądało, zaskoczyła obie strony. Po bardzo długiej chwili inspektor odłożył słuchawkę i opanował swoje emocje.
– Sprawa na razie jest w toku wyjaśniania – oznajmił beznamiętnie i niemiłosiernie, nie podając żadnych więcej szczegółów – Ekipa zajmie się samochodem. Mogą państwo wrócić do swoich normalnych obowiązków.
Akurat im było w głowie wracanie do normalnych obowiązków, skoro z wypowiedzi jednej dostępnej strony wynikały jakieś zupełne niezwykłości. Recepcjonista-student, recepcjonistka, portier, sprzątaczka i przysłuchujący się dyskretnie gość, Szwajcar z węchem, zdołali pojąć, że osoba poszukiwanej Ewy Thompkins stanowi fatamorganę. Ów ktoś z drugiej strony w ogóle jej nie zna i w życiu jej na oczy nie widział. Afera zaczynała warczeć w powietrzu.
W pół godziny przyjechała zapowiedziana ekipa i samochód został otwarty.
Wnętrze nie przedstawiało sobą niczego niezwykłego. Owszem, na tylnych fotelach leżały jakieś małe torby, zmiętoszona garderoba w rodzaju sweterka, rękawiczek, szaliczka, jakieś obuwie turystyczne, kosmetyczka prawie pusta, zawartość bagażnika jednakże przedstawiała się bardziej sensacyjnie.
Natychmiast po otwarciu woń runęła na cały parking. I trudno się było temu dziwić, skoro jej źródłem okazały się damskie zwłoki.
Pies miał rację. Rzeczywiście należało go potraktować poważnie…
* * *
– Słuchaj, gdzie ty jesteś?! – wrzasnęła w słuchawkę Martusia okropnym głosem.
– W Gedser – odparłam zgodnie z prawdą. – Zaraz będę wjeżdżać na prom. A co?
– To znaczy, że wracasz?
– Wracam. Ale nie musisz tej informacji rozpowszechniać.
– Nie, nie będę. Słuchaj, coś strasznie dziwnego mi się przytrafiło, w ogóle tego nie rozumiem, czy ty czegoś nie wiesz? Masz w Anglii taką przyjaciółkę, czy ona się nie nazywa Ewa Thompkins?
