
Gdziekolwiek się znajdowała przez ten czas, jej samochód powinien przebywać razem z nią.
Człowiek nie ma nazwiska wypisanego na czole. Samochód owszem, ma. Nawet dwustronnie, tablice rejestracyjne z przodu i z tyłu, doskonale widoczne. Człowiek może się ukryć w jakimś ciasnym kącie, posiedzieć pod krzakiem, zamknąć się w toalecie, bodaj nawet publicznej, z samochodem większy kłopot. Zwinąć w rulon się nie da, ugnieść też nie…
Metodą znaną wszystkim policjom świata inspektor Jue puścił w Europę koleżeńską prośbę. Ktokolwiek gdziekolwiek i kiedykolwiek natknął się na ciemnozielonego mercedesa o niżej wymienionym numerze rejestracyjnym…
Następnie znów uczepił się recepcjonisty-studenta ku jego nieziemskiej radości.
Na parking hotelowy wychodziło trzydzieści pięć okien. Za tymi oknami owego deszczowego wieczoru mieszkało sześćdziesiąt pięć osób, w tym pięcioro dzieci. Dzieci inspektor nie lekceważył, bywają bardziej spostrzegawcze niż dorośli. Z tej całej liczby do tej pory pozostawało sztuk trzydzieści osiem, dzieci troje, reszta zdążyła odjechać.
Oszalały ze szczęścia student dostarczył mu kompletną listę potencjalnych świadków, także tych utraconych, z adresami i telefonami. Inspektor Rijkeveegeen przystąpił do przesłuchań, błogosławiąc warunki atmosferyczne. Deszcz padał tylko przez dwa dni, przedtem i potem panowała piękna pogoda, świeciło słoneczko, i wszyscy doskonale pamiętali akurat to krótkie załamanie. Każdy był nim ucieszony albo zmartwiony, każdego zaskoczyło, względnie spaskudziło mu plany, każdy jakoś je odczuł. Gdyby nie to, dzień nie wyróżniałby się niczym i nikt by go nie pamiętał.
