
Widoczność była jeszcze niezła, ale deszcz padał coraz porządniej. Na ulicy pusto, ludzi jakby wymiotło, wplątałam się w jakieś eleganckie zaułki, krzewy, klomby, trawniki, prywatny parking, i szczęśliwym trafem na ten parking wjeżdżał facet w samochodzie. Zrozumiał, że czegoś chcę, opuścił szybę, ja, rzecz jasna, również, spytałam o hotel, starając się używać wyłącznie słów międzynarodowych, bo z językiem holenderskim miewałam już kontakt. A owszem, hotele tu istniały, najbliżej, o cudzie, znajdowała się Campanilla, w prawo, w lewo, prosto i tym podobne dało się zrozumieć.
Znalazłam tę cholerną Campanillę, z dużym wysiłkiem, ale jednak. Nie tyle może wedle jego wskazówek, ile raczej dzięki temu, że miałam przy sobie aktualny katalog Campanilli, z nazwami ulic i dojazdami. Czytać, chwalić Boga, umiem.
W Campanilli nie było miejsca. Ani jednego, zero. Młodzieniec w recepcji ludzkie uczucia posiadał, języka francuskiego nie znał, ale władał angielskim i niemieckim, zadzwonił do Mercurego, który znajdował się gdzieś tu w pobliżu, i zarezerwował mi pokój. Mieli mnie w komputerze, bo właśnie przed czterema dniami opuściłam po wakacyjnym pobycie poprzedni hotel sieci Mercure. Pożałowałam, że nie zostawiłam im większego napiwku, chociaż, jak widać, już i ten skromniejszy wystarczał.
Objaśnienia zrozumiałam. W prawo, prosto, za światłami w lewo, przez most, rondo, znów prosto, czterysta metrów…
I tu chyba pojawił się jakiś błąd, umknęło gdzieś zero. Przejechałam czterysta metrów, pięćset, kilometr, nic, chała. Sama przyroda, coraz ciemniej i deszcz. Dookoła żywego ducha, nawet samochodu żadnego, musiałam coś przeoczyć.
Zawróciłam w miejscu bezwzględnie niedozwolonym, przez podwójną ciągłą linię, sprzecznie z kierunkiem ruchu, ale gliniarz z mandatem ucieszyłby mnie do szaleństwa, dowiedziałabym się od niego, gdzie jest ten piekielny hotel.
