
Mężczyzna siedzący obok niej poruszył się i postawił kieliszek na stole.
– Nie jestem pewien.
– To na pewno Kasjopeja.
Kobieta przeniosła wzrok z gwiazd na ogromny park stanowy oddzielony od ich posiadłości ciemnymi jak atrament wodami jeziora.
– Możliwe.
Siedzieli na wyłożonym kamiennymi płytami patio już od godziny, rozgrzewając się winem i rozkoszując niezwykle przyjemnym, ciepłym, listopadowym powietrzem. Ich twarze oświetlała jedna świeczka tkwiąca w niebieskim świeczniku, a wokół unosił się zapach gnijących liści. Najbliższe domy sąsiadów znajdowały się o pół mili stąd, jednak oni mówili prawie szeptem.
– Czy nie masz czasami uczucia – powiedziała powoli kobieta – że mama wciąż gdzieś tu jest?
Mężczyzna roześmiał się.
– Skoro już mowa o duchach, to zawsze myślałem, że one muszą być nagie. Bo nie mogą przecież nosić ubrań.
Kobieta spojrzała w jego stronę. Wśród zapadających ciemności dojrzała tylko siwe włosy i jasnobrązowe spodnie i pomyślała, że on sam przypomina teraz ducha.
– Wiem, że duchy nie istnieją. Nie to miałam na myśli.
Wzięła butelkę najlepszego kalifornijskiego Chardonnay i dolała sobie. Źle oceniła odległość i szyjka butelki zadzwoniła głośno o jej kieliszek. Oboje byli zaskoczeni tym dźwiękiem.
– Czy coś jest nie tak? – zapytał mężczyzna będący mężem kobiety, nie odwracając oczu od gwiazd.
– Nie, wszystko w porządku.
Lisbonne Atcheson z roztargnieniem przeczesała swoje krótkie blond włosy długimi, czerwonymi i pomarszczonymi palcami. Włosy ułożyły się trochę inaczej, ale pozostały tak samo jak przedtem niesforne. Lisbonne przeciągnęła się, wyprężając z rozkoszą swoje giętkie, czterdziestoletnie ciało, i popatrzyła przez chwilę na dwupiętrowy dom w stylu kolonialnym stojący za nimi. Po chwili odezwała się znowu.
– Mówiąc o mamie, chciałam powiedzieć… To trudno wyrazić. Będąc nauczycielką angielskiego, respektowała zasadę mówiącą, że
