Nagle obydwaj złożyli się pozornie do ciosu, który setki sędziów pokoju w małych miasteczkach znało jako osławiony cios „Raz-dwa”. Specjalnością tą wyróżniał się McCarthy Gęsia Szyjka. Obydwaj zignorowali cios pozorowany, obydwaj zamachnęli się prawym sierpowym i…

I obydwaj runęli jak dłudzy.

Opadli ciężko na ziemię, o dobry krok od siebie i potrząsali nieprzytomnie głowami.

— Jesteś najbardziej uparty drań, jakiego widziałem — powiedział jeden. — Gdzieś ty się…

— …nauczył mojego chwytu? — dokończył McCarthy podchodząc do nich.

Tamci dwaj zerwali się na równe nogi i zapatrzyli w przybysza.

— Ee! — zawołał ten z aparatem. — Wy dwaj jesteście bliźniacy!

— Chwileczkę — McCarthy stanął pomiędzy tamtymi.

— Jesteśmy wszyscy bliźniacy. To znaczy trojacy. To znaczy… Wszystko jedno, siadajcie, muszę wam coś powiedzieć.

Wszyscy trzej przysiedli powoli i przyglądali się sobie podejrzliwie.

Po czterech porcjach tytoniu otaczał ich dokoła równy krąg ciemnego nikotynowego soku. McCarthy ciężko dyszał we wszystkich swych trzech postaciach.

— Krótko mówiąc, ja jestem McCarthy I, bo byłem przy tym od samego początku, aż do tej chwili, kiedy tłumaczę McCarthy’emu II, że nie potrzebuję jechać po kartkę, którą McCarthy III chce dostać od profesora Ruddle’a.

Ten z aparatem wstał, a inni poszli za jego przykładem.

— Nie rozumiem tylko — rzekł ten z aparatem — dlaczego ja mam być McCarthy III. Myślę, że już prędzej ja jestem McCarthy I, ten z prawej — McCarthy II, a ty — McCarthy III.

— Akurat — zaoponował McCarthy II — wcale nie tak. Bo mnie się wydaje, że to ja jestem McCarthy I, ty…

— Nie ma co gadać! — rzekł McCarthy I, a dwaj, którzy przed chwilą walczyli, zwrócili ku niemu twarze. — Bo ja wiem na pewno, że jestem McCarthy I!



14 из 16